20 lipca 2011

Byt czy but?

Nie mam szczególnej filozofii dotyczącej butów (coś w stylu: "dobry but prawdę ci powie" albo "gdzie butów sześć, tam coś tam"). Ale mam za to do butów stosunek. Pisać, że uwielbiam - to za mało, pisać, że nie widzę świata poza nimi, i że wolę szpilki zamiast kanapki z dobrym masłem - to za dużo.Nie jestem uzależniona, ale mam się na baczności. Bliska mi od zawsze prosta, chłopska logika podpowiada - poznaj wroga! Dlatego śledzę cholery na sklepowych półkach, w internetowym półświatku sklepów obuwniczych i na stopach innych (zboczuch!). Obserwuję też swoje stadko w prywatnej szafie. Dlaczego by więc o tym nie napisać? Tak, bo z miłości do butów i pisania powstał ten blog.

3 komentarze:

  1. Czyli but jako przyjaciel? Czy jako wróg? Grzeszna namiętność prowadząca do ruiny wszelkich planów oszczędnościowych? Czy jedynie słuszna droga inwestowania w siebie? Bo któż śmie się nie zgodzić ze stwierdzeniem, iż szczęśliwy człowiek to obuty człowiek!

    Aleale

    OdpowiedzUsuń
  2. A jeśli jeszcze ma wybór, jak być obutym... To po prostu kolejne prawo człowieka!

    OdpowiedzUsuń
  3. Noszę buty z konieczności. To niestety,też noszenie butów :( Bywało,że nowe buty nigdy nie były zakładane, a po kilku miesiącach, trafiały do pojemnika z używaną odzieżą. Rozrzutność? Nic podobnego! To odwieczna, wewnętrzna walka romantyzmu z klasycyzmem, przyjemności z potrzebą, potrzeby i stanu ducha, bo buty to dopiero początek męki.

    OdpowiedzUsuń

Anonimie, nie bądź taki, podpisz się!