27 kwietnia 2012

Witam w Matrixie

"Witam w Matrixie", powiedział mi poniedziałek. A cały tydzień zaśmiał się szyderczo. Ale wiecie co, chrzanię to! Chromolę! Pierdolę nawet. Żaden wtorek,  żadna środa, ani żaden czwartek ani nawet piątek nie będą mi tu... Wiadomo. Ma się swoich kochanych nieobutych czytelników i nie wolno się poddawać Matrixowi. I aż mi się miło zrobiło, kiedy zaczęłam pisać tego posta. Miło jest mieć swój kawałek podłogi, stawiać przecinki gdzie się chce (haha, wiem, że tam powinien być:D), można sobie poprzeklinać (kurwa dupa siki) i można sobie zdjęcia wstawić. Z windy, a co!



Na wojnę z Matrixem przywdziałam białą marynarę (na pohybel czarnym płaszczom)


Zresztą, na jaką walkę... Ja po prostu zlewam Matrix, chrzanie, pitolę, wychodzę! W butach od Mamy (z lumpeksu)  :))



I tym pięknym wpisem o cholernym Matrixie rozpoczynam tydzień filmowy! Może chcecie dołączyć?:) Podsyłajcie foty na mejla:)

20 kwietnia 2012

Przesądzone

Mój problem z przesądami, wróżbami i innymi tego typu bzdurami jest taki, że w dobre wierzę, a złymi się przejmuję. Tak było od początku mojego życia, ale uświadomiłam sobie to całkiem niedawno. W jaki dziwny mózg wyposażyła mnie natura, że zlewam to, w co wierzę, a przez miesiąc jestem w stanie myśleć o tym co według mnie nie istnieje (A może jednak istnieje? Pytam się przed zaśnięciem :D).
Gorzej sprawa ma się z przewidywaniem przyszłości. Nie cierpię wręcz kiedy cyganka łapie mnie za dłoń, a koleżanka próbuje postawić pasjansa. Nie znoszę wróżek, jasnowidzów (Pysk jest fanem tego z Czuchowa), na widok tarota dostaję drgawek. Przyczyna jak zwykle leży gdzieś w dzieciństwie...

Jako mała dziewczynka bardzo lubiłam przesiadywać w sklepie mojej przyjaciółki. Ucinałam tam sobie pogawędki ze sprzedawczynią, panią Bożeną. Któregoś dnia przyszłam do sklepu w bluzce założonej na lewą stronę (no wiecie, widać było szwy). Pani Bożena spojrzała na mnie swoimi czarnymi oczami i zupełnie poważnie, bez cienia uśmiechu zawyrokowała: "Ludzie mówią, że jeśli włożysz bluzkę na lewą stronę, nic już nie będzie takie same". O rany! Jakie to dla mnie było straszne. Płakałam, przeklinałam siebie, ze nie zwróciłam uwagi na tę cholerną bluzkę, modliłam się, żeby wszystko zostało po staremu. Biedne dziecko.

Dzisiaj jako 28-letnia kobieta mogę powiedzieć: "Otrząsnęłam się z traumy! W też możecie. Wkładajcie bluzki na lewą stronę, tyłem na przód, a z koszuli róbcie spódnice! Nie dajmy się przesądom!"

Oto jak sobie z tym radzę (podobno czerwony kolor zapobiega rzucaniu uroków):

Zakładam sobie czerwony sweter, który na pierwszy rzut oka wygląda całkiem normalnie.


Ale kiedy się odwrócę....


Lewo na prawo, tył na przód, brakuje tu jeszcze czarnego kota, ale może czarne buty wystarczą:



No i jeszcze gratis, ale nie umiem obrócić filmu :D

16 kwietnia 2012

Halo, baza!

Staję rano przed szafą. Ma trzy skrzydła, jest wypchana ubraniami i mówi do mnie: "Tejk łot ju łont". A ja ignuruję jej gadanie. Patrzę na kolorwe marynarki i sukienki w kropki. Wszysko brzydkie i jakieś takie.. Nie na dzisiaj. Jest już 6.30, powinnam już pić kawę a ja... Dalej przyglądam się szafie. "No bierz, bierz, łap cokolwiek", pokrzykuje wkurwiony mebel. Wmojej głowie zapala się czerwona lampka "Huston, mamy problem!". Odwaracam zrezygnowana wzrok. "Pierdolę, idę do pracy w piżamie", w myślach nie oszczędzam słów na "p", kiedy nagle zagaduje mnie suszarka, na której wysycha wczoraj zrobione pranie: "Psssyt, mam tu te twoje ulubione...". O niebiosa! Baza odpowiedziała! "Huston, po problemie!". Biorę ukochane czarne rurki z Zary i nową bluzkę z Marksa&Specncera i mogę zacząć pić kawę (tu pojawia się zwykle kolejny akt dramatu, w którym bohaterka wylewa świeżo zaparzoną kawę na biały tiszert i pomysł piżamy powraca, na szczęście nie tym razem).



Dooooobra, żart z tym dramatem, nie gadam z meblami, nie stroję się długo, a przed lustrem sterczę tylko wtedy kiedy robię sobie foty:) Ale fakt jest taki: LUBIĘ takie bazowe ciuchy i w takich chyba czuję się najlepiej :)

Miłego tygodnia! Odbiór!

PS z butami nigdy nie mam takich problemów, odpowiednie i na czas przyczłapują same:) Dzisiaj ukochane kowbojki :)



12 kwietnia 2012

Trzymam sztamę z gadami

"Dzień dobry! W ten piękny poranek wita was nieobuty!" - chciało by się zakrzyknąć i puścić jakąś Lambadę dla rozruszania giętkich ciał. Tymczasem człowiek ledwo rękę do góry podniesie, a już w nodze łupie. Ten rozliczający się z nieuzasadninym optymizmem wstęp nie jest taki znowu bez sensu! Wszystko po to by z całą stanowczością stwierdzić, podkreślić i zakreślić: to, że włożyłam różowe wdzianko (śmieszne słowo) nie znaczy, że moja dusza się wyprała! O nie! Wewnatrz nieobutego dalej same pioruny, nietoperze, króliki z wydłubanymi oczami, muszki bez skrzydełek i kanapki ze smalcem.


Niech nikogo nie zwiedzie uśmieszek na pyszczku. Wąż i walnięty kot czuwają i trzymają rękę na pulsie.

No a teraz bez twarzy (taki pomysł podsunął wąż, a wiadomo, że Ewa trzyma sztamę z gadami)


Na tej fotografii widać natomiast, że idę z duchem czasu i zrobiłam sobie tatuaż - gołą babę (chłopaki z okrętu się ucieszą).

Buty to te Vagabondy z poprzedniego posta, czyli z wczoraj:)

10 kwietnia 2012

Ściagam ciuszki

Wydawać by się mogło, że porządna dziewczyna TEGO nie zniesie, że to nie na jej bary, że pęknie pod tym jej moralność, że ugną się zasady, że NIC juz nie będzie takie samo. Pastelki zamienią się w mroczne brązy, kwiatkom wyrosną wampirze zęby, a motylki stracą skrzydełka. Żadne szanujące się dziewczę nie założy do pracy: a. takich oto rajstop, w których mogłaby występować kurtyzana na pirackim statku; b. skórzanych szorcików co to ledwo zasłaniają PD (też tak mówiliście w podstawówkę na pośladki? Co za dziwoląg). No ale na szczęście ja nie jestem porządną dziewczyną - to raz, a dwa - nie stresuję się ubraniem (chyba, że nie mam się w co ubrać), bo dla mnie to część wyobraźni, a co mam się stresować tym, co sobie wyobrażam. No jeszcze punkt trzeci - heloł, w końcu założyłam bluzkę i marynarkę! Mogło być gorzej!


No i buty, które, mówcie co chcecie, jakoś to wszystko łagodzą (sory, akurat kozaki do ud gdzieś mi się zapodziały).


A cały ten ałtfit (nie uwierzycie) ściągnęłam  bezczelnie od mojej siostry i jej przyjaciółki. Ale jak patrzę na tę fotę, to stwierdzam, że jestem kiepska w podrabianiu. Podpowiem więc tylko, że chodziło o te długie skarpety :)))

5 kwietnia 2012

Mrug!

Blog o butach nie wystarczył, blog z ciuszkami  - za mało. Dzisiaj pokazuję OKO! Oku towarzyszy pieszczoszka, seledydowne paznokcie, różowy t-shirt, podrasowane wielogodzinnymi marszami (ha!) buty i męska koszula. I przyznaje, że w tym bałaganie tylko OKO mnie ratuje. Bo za dużo tego wszystkiego i za nieprawdziwie (chociaż pieszczocha bez seledynowych paznokci jest wporzo, różowy t-shirt bez seledynowych paznokci też jest spoko, znoszone buty bez seledynowych paznokci są przyjemne, i seledynowe paznokcie bez tego wszystkiego też są całkiem ładne). No i w tym dziwnym, przedobrzonym przypadku mruga OKO, które pasuje do wszystkiego. A do mnie szczególnie, prawda? :-)



I OKO dla niepoznaki :)

Od rana do wieczora

Poranki to moje ulubione części dnia. Nic się jeszcze na dobre nie zaczęło, nic nie spieprzyło. Otwierasz oczy, a promyki słońca przeganiają resztki sennych mar. Spokojnie chlapiesz wodą ciało, wypijasz kawę i wcinasz kanapkę z pasztetem. Jeśli dzień wcześniej przygotowałaś sobie ubranie, to chwile szczęscia możesz jeszcze wydłużyć. Jeśli nie... Klniesz pod nosem, bluźnisz w (jeszcze) pastelowych, porannych myślach, wyciągasz jakieś dziwne sukienki, do których oczywiście nie możesz znaleźć odpowienich rajstop, nie mówiac już o tym, że prawdopodobnie w sukience będzie ci za zimno. O, a bluzka, którą ewentualnie mogłabyś założyć zamiast sukienki ma plamę, a spodnie są obrzydliwe i czas najwyższy się ich pozbyć.

STOP

Wróćmy do pasztetu.

Dojadasz kanapkę z pasztetem. Wyciągasz z szafy czarne spodnie, dżinsową koszulę i ulubione trampki. Niczego nie trzeba prasować, niczego dopieszczać. Spokój, cisza i harmonia.

STOP

Zapomniałaś o czymś na wszelki wypadek. To, że wyglądasz jaby cię nie było, nie znaczy, że nikt cię nie zaczepi i nie zburzy porannego nastroju. Więc na wszelki wypadek przygotuj rewolwer.



Adios!:) Miłego dnia!

2 kwietnia 2012

Sprawa kur

Od zawsze miałam jakiś dziwny sentyment do ptactwa. Oczywiście nigdy żadnego nie miałam,w życiu z własnej woli nie dotknęłabym papugi, wróbla czy innego bociana. No ale jakaś dziwna nić łączyła mnie z tym rodzajem zwierzyny. Oprócz kilku wpadek z dzieciństwa (porażony prądem gołąb wylądował na mojej głowie... proszę opanować śmiech),  przez dwa lata w moim salonie wisiał obraz z kurami (a sam salon nazywany był pokojem kurzym), na jedną z pierwszych randek poszłam z Pyskiem na wystawę kur hodowlanych, a kiedy piszę ten tekst, w radiu (Program Pierwszy PR) czytają wiersz "Ptasie Radio". No HELOŁ!

A skoro o ptactwie gadanina, to polecam zerknąć:

 Jaskółczy żakiet z Kaphala. Niestety nie potrafię zrobić sobie zdjęcia tyłu. Można by wtedy dostrzec kluczowe elementy jakółczego okrycia. Ale nic straconego, jest tak cudownie zajebisty, że pewnie będę go nosiła co drugi dzień.


Ptasi naszyjnik kupiłam u Magdy Barcik (prawdopodobnie na tym jednym się nie skończy, właściwie nie skończyło, bo kupiłam jeszcze jeden - z rewolwerem :D).

No i buty. Nie mają nic wspólnego z ptakami, no i chyba dobrze, bo co ma je łączyć? Ptak jest do latania, a but do stania. Tym pięknym przysłowiem i zdjęciem śniadaniowym kończę: