30 grudnia 2013

Oh, my shoes! Czyli czas zmiłowania

Czas po świętach - czas zmiłowania. Przeklęci sprzedawcy ubrań, butów, wredni i cyniczni handlarze kosmetykami postanawiają ochłapem łagodzić buntownicze nastroje wśród pospólstwa. Zamknąć pyski rozwrzeszczanej biedocie. Omamić, wmówić, skłamać, że ich podłe serca bywają naprawdę dobre. Nazywa się to obniżkami. A łasy na 20% upust lud, dzień po świętach może wreszcie pełną piersią odetchnąć powietrzem Złotych Tarasów! I kupować!

Obok tych butów chodziłam od września. Ale cena była zbyt wysoka. Aż nadszedł czas zmiłowania. Obniżki! Zastanawiałam się tylko dwa dni nad zakupem (mało!! Nie jestem mistrzynią spontanicznych zakupów!). I... Od wczoraj są ze mną. Moje kochane śliczności:)

PS wczoraj, gdy je kupowałam, nie mogłam oderwać oczu od dziewczyny, która też mierzyła buty. Była tak intrygująca, że o mały włos nie wlazłam jej do torebki, żeby wyjść z nią i przekonać się kim jest:) Lubię spotykać takie osoby:)



Oh, może jeszcze z tej strony:


22 grudnia 2013

Czy to prawda, co mówią na mieście o sporcie?


Okres przedświąteczny jest dla mnie równie wkurwiający jak PMS, więc po raz kolejny daruję sobie wstępy. Chociaż nie! Pozwolę sobie na krótkie obwieszczenie we wstępie właśnie (a mogłabym ich po prostu nie pisać i byłoby z głowy): nie zrobiłam ani jednego pierniczka! Nie cierpię robić pierniczków!


Zrobiłam za to bigos, boczek i śledzie. Skończyłam późno i poszłam wykonać swój... TRENING. Tak. Trening. Ja. Trening. Nie żeby to był jakiś niewiadomo jaki terneing, ale jednak! Trening. Poświęcam co dziennie kilkadziesiąt minut na sport. Na początku myślałam, że nic dobrego z tego nie wyniknie, ale teraz zupełnie zmieniłam zdanie i postanowiłam podzielić się z wami moim zdaniem o sporcie. Dlaczego? Bo ja i sport nigdy nie tworzyliśmy zgranej pary. A jednak wystarczyło się z deka przełamać, żeby jakiś tam związek poczuć.

1. Najtrudniej zejść z kanapy i ruszyć się. Najtrudniej zacząć.
To prawda. Złapałam jednak jakiegoś takiego powera, że po prostu wstaję i hajda do przodu. Nie ma wybacz. Po prostu robię co mam robić. A potem kolejne rzeczy. Nie lenię się. A w rozkładzie dnia mam swój maleńki trening, który robię. Kurde, nie wierzę że to piszę:)

2. Najbardziej motywują osiąganie celów.
Na początku byłam zdruzgotana swoją kondycją. Nie dałam rady zrobić niczego do końca. Jedno powtórzenie, dwa - ok. Ale 15?? Nigdy! A jednak się udało. to co kiedyś było niewykonalne, robię teraz bez problemu. Na początku nie potrafiłam zobić ANI JEDNEJ pompki. Zupełny brak sił. Dzisiaj? Robię! Sama nie wierzę, że to się dzieje na serio. SPORT NAPRAWDĘ DZIAŁA!!!! I to mnie motywuje do tego, żeby ruszyć dalej. Bo być może jutro zrobię coś lepiej, wytrzymam dłużej. I tak dalej.

3. Musisz mieć odpowiedni sprzęt i ubranie.
Nie, nie musisz. Postanowiłam sobie, że nie zainwestuję ani złotówki, dopóki nie zobaczę efektów. Bo moze mi się znudzi, bo pewnie nie wytrwam. Bo ZAWSZE tak samo się kończy. I rzeczywiście, ćwiczyłam w starych gaciach i tiszercie, na bosaka, z butelkami wody zamiast hantli. Było naprawdę spoko. Ćwiczyłam też w zwykłym staniku, i przyznam, że to była rzecz, która mnie wkurwiała. Jak tylko zrobiłam swoją pierwszą pompkę, kupiłam sobie sportowy stanik. Nic więcej:) Ah, i zaczełam ćwiczyć w butach, jest wygodniej.

4. Dobra trenerka to podstawa.
Chyba to prawda. Ja nie chodzę na siłownię, ćwiczę w domu. Najpierw zaczęłam wykonywać treningi Ewy Chodakowskiej, ale to nie ten typ. Nie moja fala:). Później odkryłam krótkie (10-minutowe) treningi Mel B (tej ze Spice Girls!), aż w końcu trafiłam na Jillian Michaels. I teraz tak: Mel jest zajebista! Zaczynałam od 5 minutowej rozgrzewki, potem 10 minut treningu całego ciała i  jeszcze jakieś 10 minut na tyłek czy brzuch. Ledwo żyłam.  Ale ta baba pomagała mi przetrwać :D Ma świetne poczucie humoru, nie jest nudna. No super się z nią ćwiczy!!! Jillian natomiast jest ostrą babką ale przecież cię nie zleje po ryjku, bo źle robisz przysiady. W jej treningach fajne jest to, że są jak wyzwania. Przez 10 dni jesteś na poziomie pierwszym, potem wchodzisz na drugi, w końcu trzeci! Każdy coraz mocniejszy. Ech, fajne są!!

5. Sport zmienia ciało
 No niby oczywiste, ale zawsze myślałam: "ok,ok, popierdol". Okazuje się jednak, że rzeczywiście zmienia. Nie zniknął mi cellulit, nie schudłam (faza wpieprzania absolutnego), ale mam jędrniejsze ciało, milsze w dotyku, nie rozlazłe. Wyobrażam sobie, że jest jak z okładki Szejpa, ale czuję, że teraz to już robię z siebie kompletnego debila :D

6. Najgorsze co możesz zrobić to klikać, zamiast działać.
Kolejne fanpejdże, tysiące zdjęć z metamorfozami, blogi i fora. Ok, masz już to wszystko. I ani jednego treningu:) Ja na przykład  przechodzę to co dziennie. Czytanie o sporcie jest tak męczące, że myślę sobie: "ok, mam to już za sobą". Niestety, kurwa, nie działa. Dupa musi jednak wykonać robotę i zejść z łóżka. Fak!

7. Jest lepiej jak ćwiczysz
Tak!!! Pierwszy raz w życiu, mojest postanowienie noworoczne nie będzie brzmiało: "od nowego roku wezmę się za siebie". Bo ja już się wzięłam! I naprawdę jest mi z tym lepiej!

Może coś dopiszecie od siebie?

Jeszcze raz podkreślam: ja jestem bardzo sportoodporna. Nie poświęcę na sport całego popołudnia. W moim mózgu działka "aktywność fizyczna" została zastąpiona: "jedz, jedz i jedz". Z pogardą i zazdrością patrzyłam na tych, którzy lubili aktywność. A jednak udało mi się! Jestem z siebie dumna, choć wewnętrzny leń ciągle grozi palcem pokrzykując: "zobaczymy, ile to potrwa". Na szczęście stanik był na tyle drogi, że czuję wewnętrzną potrzebę spłacenia długu wobec siebie:)

18 grudnia 2013

Zrób sobie dobrze

Dzisiaj dwójka ulubienców, o których trzeba napisać! Nie robią nic szczególnego w kwestii upiększania, ale umilają życie na tyle, by sprezentować im oddzielny pościk na nieobutym. Proszę bardzo! Za te wszystkie słodkie chwile!


 

Pierwszy z nich to podróbka bjuti blendera. Koszt oryginału coś koło 80 zł. Koszt podróbki - słodka dyszka. 10 zł. UWAGA. One się od siebie różnią. Oryginał ma zupłnie inną strukturę, jest inny zdecydowanie. Jak to wpływa na użytkowanie? Nie mam pojęcia, bo oryginału nie używałam. A tę śliczną różową gąbeczkę uwielbiam za to że:

zajebiście rośnie w dłoniach pod wpływem wody (trzeba ją moczyć przed każdym użyciem)

kiedy dotykamy nią twarzy, bardzo miło chłodzi (o ile zmoczy się ją wcześniej zimną wodą, bo jeśli gorącą - to zapewne nas rozpali :/)

jej kolor i kształt i konsystencja jest tak milusia, że wychodzi z nas wewnętrzny kot Hello Kitty i liże szorstkim językiem lustro w łazience przez dobre kilka minut

Jeśli zaś chodzi o jego działanie kosmetyczne, to naprawdę fajnie rozprowadza podkład po twarzy. Tak jak korektor (pod oczami). Używanie go to duża przyjemność. Coś jakbyś wciskała podkład w twarz:) I chociaż brzmi źle, wygląda dobrze:)

Gdzie kupić? Ja kupiłam na allegro, ale słyszałam, że są również w H&M.



Drugi czasoumilacz to masło do ciała NIP FAB o zapachu pistacji. Idealne, wspaniałe, doskonałe, orgazmodające dla fanów prawdziwej pisatcji. To zapach prawdziwie orzechowy, naturalny i bardzo intensywny. Tylko z tą intensywnością jest tak, że jak dla mnie mógłby być jeszcze bardziej. Ale ja jestem absolutnie zakochana w tym zapachu.

Czy nawilża? Tak sobie, znam lepsze rzeczy do smarowania. Ja smaruję się nim jedynie dla zapachu. Jesu. Piszę ten tekst i wącham pudełko. Oficjalnie jestem zboczona, powinnam poszukać seks shopu z pistacjami. Hahahaha.

Jeśli znacie jeszcze jakieś kosmetyki o zapachu pistacji, dajcie znać:) Teraz poluję na zapachy Laury Mercier. Podobno jej pistacja jest zniewalająca:) Aż boli głowa i chce się mdleć:)

Gdzie kupić? Na allegro widziałam. Mój pochodzi z samego Londynu. Od samej kroooolovej.

Dajcie znać co wam umila życie, może umili i moje!


16 grudnia 2013

Olej - nie olej

Nakładacie oleje na włosy? Ja tak. Tyle tytułem wstępu bo olej najwyraźniej osiada mi na kudłach i ani kropla nie wpadnie gdzieś głębiej (do rozumu na przykład).



Oleje odkryłam daaaawno temu. Mama kazała mi smarować włosy jajem, oliwą, naftą i innymi dziwnymi rzeczami. Oczywiście to, co kiedyś było niezwykłym wprost obciachem (kiedy koleżanki nakładały na włosy pachnące odżywki Loreal, ja siedziałam z żółtkiem na głowie), teraz (odkąd trend zapoczątkowały włosowe maniaczki) stało się IN. Ha ha ha. Nie mogę się wprost nadziwić, umiejętności układania jakiś durnowatych historii wokół prostej czynności.

Ad rem! Kiedyś już pisałam, że włosy dzielą się na wysokoporowate, średnioporowate oraz niskoporowate. (jak rozpoznać jakie Ty masz włosy? Sposobów jest kilka, każdy z nich poda ci google). Ja w ten podział wierzę jak w pisma objawione, bo u mnie się sprawdza. To znaczy kupuję to, co kupują blogerki wysokoporowate i działa w 100%. Jesli i wy jesteście wysokoporowate, mogę Wam powiedzieć jakich olei używam, co polecam, czego nie. Może Wam się przyda?:)

1. Jakie oleje?
Moje top 3 to:

1. olej lniany - taki z kuchni, do śledzi, do kapusty wigilijnej:) Włosy są po nim grubsze w dotyku i baaardzo dobrze się układają. Są trochę przesuszone, ale ja akurat ten rodzaj przesuszenia lubię. To taki stan, kiedy w ogóle nie są oklapnięte i nie zwisają smętnie jak u apostoła Piotra.

2. oliwa z oliwek - działa podobnie jak lniany, ale włosy są jednak bardziej mięsiste, nie takie "przesuszone".

3. arganowy - wspaniały olej, dzięki któremu włosy są puszyste, a jednocześnie błyszczące. Jego minusem jest cena. Aha, nie mówię tu o odżywkach z dodatkiem oleju, a o czystym oleju. Li i jedynie.

Kolejność produktów na liście nie jest przypadkowa. Olej lniany to mój numer jeden. Mimo że ich działanie nie różni się kolosalnie, ale... ja to czuję w dotyku. I najbardziej lubię dotykać się po lnianym. Hahaha :)

2. Jak ja to robię?

Nakładam naprawdę niewiele oleju (ok jednej małej łyżeczki) na włosy. Na początku od wysokości ucha w dół. To co zostanie na rękach wcieram wyżej. Potem związuję włosy w kucyk i....

3. Ile czasu trzymam na głowie?

Najczęściej całą noc. Ale czasami tylko godzinę. Też działa.

4. Jak zmywam? I co robię potem?

Zmywam olej szamponem, którego używam na co dzień (niebieska Diplona) i nakładam lekką odżywkę.

5. Co ci się może wydawać?

a. że nie możesz stosować oleju na przetłuszczające się włosy
Możesz, spokojnie. Ja mam raczej przetłuszczające się włosy, a oleje działają na nie świetnie.

b. że obciążysz swoje cienkie i delikatne włosy
Mam takie włosy, i oleje, które wypisałam nie obciążają ich. Wprost przeciwnie - dają im powera!! Ale już taki olej kokosowy obciążał je bardzo i rzeczywiście wyglądały jak po jakiejś ulewie.

c. że uwalisz poduszkę, na której śpisz, tłustym olejem 
Nie pobrudzisz niczego, jeśli nie nałożysz na włosy całej butelki oleju. Wystarczy mała łyżeczka! Włosy powinny ją całą "wypić"!

d. że włosy będą ci śmierdziały olejem (lnianym na przykład)
Moje nie śmierdzą (przynajmniej taką mam nadzieję :D), to dlaczego Twoje miałyby?

e. że ci się nie chce, że zbyt dużo czasu trzeba na to poświęcić
No, na twoje niechcenie nic nie poradzę:)



8 grudnia 2013

The ring

Patrzcie na to wdzianko! Niby waciak, ale w stylu japońskim! Pies z kulawą noga nie założyłby go na grzbiet, a mnie jakoś przekonał. Wzory bardzo w moim stylu, kolory idealne, ciepłe i idealnie długie (czy też idealnie krótkie). 



Kupiłam w lumpeksie, więc na nic zda się firma i cena. Nic wam też nie powie nazwa kolekcji. Choć tym zachwyconym i pragnącym, mogę powiedzieć, że została jeszcze jedna sztuka. Piękniejsza. Na mnie jednak (a to ci niespodzianka!) za mała. Można ją nabyć w maleńkim lumpeksie, w maleńkiej mieścinie. Tak jak lubię najbardziej.

Zawsze gdy się przeprowadzałam, w pobliżu nowego mieszkania szukałam piekarni i lumpeksu. Coś tam się zawsze znajdowało. Bułki jak bułki, a lumpy jak lumpy. To wszystko było raczej bezpłciowe, a ja przyzwyczajona do sklepów z małego miasta tęskniłam do swojskich "idziemy do Teresy", "dzisiaj dostawa w Tanim Armanim" albo "towar dziś na PKS-ach". A jak tęskniłam za współkupującymi!!! Rany boskie, gdzie są moje kochane doradzaczki ("grubo w tym pani wygląda!", "to będzie dobre na niedzielę do kościoła"), wydzieraczki ("oddaj to pani, bo Teresie powiem!", "ja to miałam pierwsza!", "suka!")... Tęskniłam nawet za wciskaczkami (!!!) ("weź to, no przecież wyglądasz jak gwiazdusia!", "dobrze ci w tym brąziczku!", "bierz bierz, za takie pieniądze to grzech zostawić". Teraz, mimo że do ideału daaaaaaleko, mam choć namiastkę tanich odzieży (!!) z mojego rodzinnego miasteczka. Podsłuchuję rozmowy, obserwuje fanki grzebania w ciuchach, chodzę regularnie, żeby nadrobić i czerpać wszystkie brudy z lumpeksowego życia!

Także ten piękny waciak to tylko miły dodatek do lumpeksowych emocji.



26 listopada 2013

Na problemy - Clinique Lash Power

To nie jest tusz dla zwykłych ludzi! To jest tusz dla ludzi z problemami. Łzawiące na maksa oczy, soczewki kontaktowe, długie rzęsy (trzeba być mistrzem, żeby doszukać się problemu w długich rzęsach) - to wszystko powoduje, że słaby tusz spływa z rzęs i ląduje pod oczami. Cienie z tuszu plus wory pod oczami - tak się robi stylówkę na bal górnika.

Clinique Lash Power to nie jest wodoodporny tusz, ale bardzo trwały. Nie ruszą go: deszcz, łzy, pocieranie, dotykanie. Ale uwaga! Zmyje go ciepła woda (choć ja zmywam go Biodermą). Nie odbija się na powiekach, momentalnie zastyga. Jest bardzo czarny, pogrubia, wydłuża, podkręca i takie tam (chociaż ja mam niezłe rzęsy z natury), ale... spektakularnego efektu nie zrobi. To raczej tusz na co dzień. Ma jeszcze jedną zaletę, jest bardzo delikatny, dobry dla tych, których zwykłe tusze podrażniają. Bo mnie na przykład każdy tusz uczula, prócz Clinique. Jednym słowem za 100 złotych mam komfort jak stąd do... daleko. Ale tym, którzy komfort odnajdują w tuszu za 10 zł, nie polecam zmiany. Bo to nie jest tusz dla normalsów.


15 listopada 2013

Frajdej but #1

Frajdej but to nic innego jak ulubieńcy sierpnia, najukochańsi chłopi lipca, albo co masz w swoim bagażniku. Taki cykl postów, w których prezentuję but tygodnia. Który zawładnął moim sercem.

Cykl otwiera jeden z moich ukochanych sklepów All about shoes, której właścicielkę Anię Michniewicz bardzo pozdrawiam:))
Gdybym tylko mogła, kupowałabym tam i kupowała. I kupowała. A potem nosiła:) Mam od AAS jedną parę butów (moje buty), którą kupiłam chyba rok temu. Noszę je bardzo często i wyglądają naprawdę świetnie. To zresztą jedne z moich dwóch ulubionych par butów (drugie to botki Vagabond).

Ale wracając do frajdej buta:) Pierwsze frajdej buty można kupić właśnie w AAS a są to czarne botki Lazamani. Kiedy powiem: w tych butach czułabym się zajebiście kobieco!, połowa ludzkości powie: o rany, przecież to nie szpilki, a druga krzyknie zapewne: mam to w dupie!:)


Ale ja naprawdę najbardziej kobieco czuję wtedy, kiedy jest mi wygodnie i komfortowo. Proste, klasyczne, bez miliarda ozdób, bez ćwieków, marszczeń i udziwnień. To zdecydowanie  Dlaczego producenci obuwa tak stronią od klasyki? Przecież ona ZAWSZE sprzedaje się najlepiej. Lazmani w prawdzie mają jakąś przeplatankę na cholewce, ale chyba jestem to w stanie ją zaakceptować. Bo... TAK! NOSIŁABYM! Oj, jakże bym nosiła:) Z dżinsami, z szortami, z sukienką (moja obsesja: buty kowbojkowate plus sukienka!). Wiosną bym nosiła. Na czarno bym się nosiła. Żeby podkreślić blade nogi. Siła i moc :) Matko rozmarzyłam się! Wróć, proszę, do rzeczywistości, bo właśnie siedzisz w klapakach, których nie powstydziłby się żaden fan KUBOTĘ.

Zatem drodzy państwo: frajdej but #1 za skromność, klasę i kobiecość! A co!:)



Aha, no i wiem, po prostu czuję, że będą moje :D




14 listopada 2013

Wory

Jeśli jest coś w mojej twarzy co mi przeszkadza, to wory pod oczami. Niby podchodzę do nich z dystansem, ale czasami trudno zachować spokój. Na przykład wtedy gdy wyglądasz jak matka noworodka, albo szczur korporacyjny, ewentualnie naukowiec, któremu zdarzyło się spędzić noc nad książkami. A ja śpię codziennie przynajmniej 6 godzin.

Kremy nie działają (a jeśli nawet zdarzy się cud, to trwa tyle co zużycie całego opakowania kremu), nie działają kostki lodu, wata nasączona herbatą (hehe, w ogóle jak to brzmi), metalowe kulki z żelami - też nie. Nadchodzi rozwiązanie ostateczne w postaci kliniki zajebistego piękna, ale została ostatnia rzecz, która może sprawić, że chirurdzy plastyczni nie zarobią na mnie ani grosza.

Chociaż to głupie.

Na pewno nie zadziała.

Wygląda kretyńsko.

I dźwięk ma irytujący.

Ale przynajmniej nie kosztuje tyle co 100 hamburgerów w Maku.


Na blogu Azjatycki Cukier  (jeden z moich ulubionych blogów) znalazłam takie ćwiczenia pani Fumiko Takatsu (ostrzegam, wygląda to niezwykle kretyńsko)



Zamierzam wykonywać ćwiczenia i wyglądać podczas nich zdecydowanie gorzej niż ta słodka kobieta. Daję sobie miesiąc wykrzywiania buzi. Zobaczymy. Dam znać. Nie wory będą z Wami!

13 listopada 2013

Witamina C

Gdyby witamina C miała jako taki rozum, natychmiast rozpoznałaby we mnie stalkera. Uwielbiam ją, łażę za nią, kupuję, łykam, wcieram. Śledzę. Jestem tam gdzie ona.


Ze wszystkich produktów z witaminą C jakie miałam, najbardziej lubię serum FLAVO C. Kiedy mi się skończyło, kupiłam dwa inne produkty - krem z witaminą C ZIAJA i serum z witaminą C Lancome. To był błąd.



Lancome, który kosztuje 300 zł (!!!), to naładowane silikonami serum. Ja miałam jedynie jego sporą próbkę (używałam około dwóch tygodni). Fakt, przez pierwsze dwa dni skóra była tak gładka, jak blat upierdolonego stołu Durczoka (po umyciu). Ale już trzeci, czwarty dzień to jakiś koszmar. Jakbym sobie wodę kładła na buzię. Zero efektów, prócz wysuszenia.

Ziaja kosztuje 17 zł.  Porównywałam go z ACTIVE C LRP (niestety nie mam zdjęcia). Oba słabo nawilżają, ale LRP robi na ryjku czary mary. Rozświetla, ujednolica kolor, jednym słowem: nadaje Twojej cerze blasku. :))) Ziaja? No właśnie nic nie robi.

Wniosek, o którym gadam non stop i rzeczywiście może już nieco wkurwiać, jest taki: Najlepsze jest serum Flavo C, które jest moim hitem od kilku lat. Na zdjęciu butelka po kosmetyku z 8% zawartością witaminy C, ale jest jeszcze wersja forte (15% witaminy C) i to ją polecam kupić, szczególnie jeśli macie normalną, niewrażliwą skórę.

Prócz tego, że wcieram w ryjek witaminę C, to pochłaniam ją jeszcze w suplementach oraz w jedzeniu. Kiszona kapusta i kiwi rządzą. Dlaczego tak się na nią uparłam? Bo między innymi ona likwiduje wolne rodniki. A one odpowiadają za zło tego świata: starzenie i raka.

12 listopada 2013

Redermic R

Hello! Dzisiaj post typowo informacyjny. Nie będzie prozy ani rymów. Nic. Jedynie suche fakty.

Zawsze miałam niezłą cerę, ale jakoś niedawno wszytko mi się popieprzyło i nie wygląda to tak różowo (no dobra różowo wygląda, bo mam rumieńce na pół buzi) jakbym chciała. Mam jakąś tam mini obsesję na punkcie pielęgnacji. Nie wiem, pewnie się nudzę i nie mam na co kasy wydawać. Postanowiłam więc poszperać no i zrobić coś z tą twarzą.

Jaki jest problem? Pfff. Sucha skóra, naczynka i dziwaczne grudki pod skórą (ble). Na problemy najlepsze są blogi. Trafiłam na Blog Kosmetolog i tam dowiedziałam się co i jak. Polecam Wam tę lekturę, idzie szybciej niż najlepszy Harlekin:). Poza tym pisze go profesjonalistka, która gada (pisze) do rzeczy, nie reklamuje i nie powiela durnowatych opinii z blogów bjuti guru. Ad rem.

Postanowiłam zrobić sobie kurację retinolem czyli witaminą A. Co to jest retinol i co kaman? Odsyłam was do bloga Kometolog. Tam wszystko jest wyjaśnione dokładnie i  bardzo wyczerpująco. Dla leniuchów cytaty z Kosmetologa:

Właściwości retinolu nie muszę Wam chyba specjalnie rekomendować, w każdym razie jest to w tym momencie najsilniej działająca substancja przeciwstarzeniowa, stosowana w dermatologii juz dobre czterdzieści lat, a także (zwłaszcza pochodne) przeciwtrądzikowa.

Retinol, mówiąc w wielkim skrócie ma bardzo szerokie spektrum działania. Rozpoczynając od

naskórka- działa złuszczająco, ścieńczając nadmiernie pogrubioną martwą warstwę rogową (która z wiekiem jest coraz grubsza) i zmniejsza nadmierne rogowacenie, natomiast pogrubia żywą warstwę podstawną naskórka (która z wiekiem jest coraz cieńsza). W skórze właściwej zaś stymuluje syntezę włókien kolagenowych oraz kwasu hialurynowego. Wspaniale wygładza i pojędrnia skórę, rozjaśnia przebarwienia i jest w stanie cofnąć w pewnym stopniu efekty fotostarzenia. No i oczywiście retinol działa również przeciwtrądzikowo
 retinol ma niestety poważną wadę, otóż potrafi skórę porzadnie podrażnić. Dlatego wciąż trwają badania nad zmniejszeniem drażniącego działania wit. A.
No i właśnie ten ostatni punkt zniechęcał mnie do zakupu. Powód to oczywiście moje policzki, które całe są w pajączkach. Ale kiedy wymyślili retinol dla cery wrażliwej, to oczywiście go kupiłam:) To REDERMIC R firmy La Roche-Posay. Kosztuje ok 100 zł.



Stosuję go do tygodnia i.... i efektów brak. Podrażnienia nawet brak:) Ale podobno trzeba dać mu czas. Więc czekam cierpliwie.

A oto reszta kosmetyków, które kładę sobie na buzię, żeby wyglądała jako tako. Oczywiście wszystko przykrywam podkładem. Jeśli ktoś dzisiaj zmusiłby mnie do wybrania jednego kolorowego kosmetyku, to byłby podkład.

Od lewej: Avene Cicalfate - bardzo mocno nawilżający krem, łagodzi też podrażnienia. Dobrze działa na suchą skórę. Potem stoi retinol. A za nim filtr LRP Anthelios XL. Używam filtrów cały rok, a przy retinolu to już w ogóle!! Za filtrem maska IWOSTIN dla suchej skóry. Bardzo dobrze nawilża, nie trzeba jej zdejmować, bo wchłania się cała (przynajmniej na mojej bardzo suchej cerze tak się zachowuje). Tubka, która leży pod kremami to żel na naczynka Auriderm XO z witaminą K. To najlepszy specyfik na naczynka, jaki miałam (a miałam tego dużo). Używałam go jakieś dwa lata temu i bardzo mi pomógł, naczynka były niemal niewidoczne. Niestety przestałam smarować nim twarz, no i wszystko wróciło. Na focie nie ma wody termalnej VICHY i micela Biodermy, którymi przemywam buzię.




Kiedy skończę kurację, dam wam znać. Chciałabym pokazać zdjęcia swojej buzi, ale nie wygląda to apetycznie, a może coś właśnie jecie. Musicie mi uwierzyć na słowo: nie jest dobrze!:)


6 listopada 2013

Na zimę

Wizja zimy mało mnie raduje, wzmocnienie jej koniecznością kupienia butów doprowadza do chęci zabicia połowy świata łącznie ze sobą. Wtedy konieczne staje się zabicie ocalałej połowy, bo co to za świat beze mnie?

Dobry wstęp do posta o zakupie obuwia zimowego?:) Zimę spędzam w stolicy, w której niestety, chodniki obsypuje się śniegiem solą (!!).Nie wiem, jak musiałabym się starać, żeby nie zniszczyć butów białym nalotem. Swoją drogą czy ktoś kiedyś odpowie za w ten sposób uwalone totalnie buty (drogie buty!)? Nadejdzie chwila, kiedy ratusz zaleją właściwe pozwy.

Czego szukamy? Czegoś: 1. ładnego; 2. taniego; 3. ciepłego. Co znajdujemy? Drogie, zimne nieocieplone dziadostwo, które jeszcze nie wie, że nie przeżyje w Warszawie (nie sądzę by tylko tu) ani połowy sezonu zimowego.

Wybrałam 3 sklepy. CCC, Dajszman i internetowy deezee (wiem, że w tym wypadku smród gumy mamy gratis). Co znalazłam?



W CCC - buty w stylu motocyklowym. Chyba nieco mi się znudził ten model, ale od biedy mógłby być. Są ładne, kosztują 129 zł, nie wiem czy są ciepłe...

Nic więcej w tym sklepie nie znalazłam. Niektóre okazy były całkiem ok, ale odpadały przez jakieś okropne zdobienia, typu ćwieki albo sztuczne marszczenia gdzieś na cholewce. Mam na to alergię.


W Deichamnn tylko jedna (niespodzianka!) para mi się spodobała. Ładne (będzie spór?), tanie i widzę tam jakiś kożuszek :D Ciekawe czy dałby radę przy -20.


Idziemy do DeeZee. W sklepie jest dział "śniegowce". Myślałam, że znajdę coś właśnie tam. Wbrew pozorom. No ale wszystko po staremu. Kicz, ćwieki i guziki. I choć Emu to niezłe paskudy, ich podróbki biją je na głowę. Nawet nie linkuję. Szkoda czasu. Zamiast oglądać paskudy idźcie do Centrum Sztuki Współczesnej na jakąś miłą obrazoburczą wystawę.

W DeeZee znalazłam coś takiego.



Jeśli dobrze widzę, są wykonane z materiału, który prezentuje się jak tektura. No ale są ocieplane i kosztują prawie 90 zł. Pamiętajcie o smrodzie gratis.
Jak widać dobrze nie jest. Może i kupiłabym Emu, korzystając z jakiejś super promocji, ale to i tak będzie zbyt dużo kasy jak na buty, które na bank zniszczą się już pod koniec lutego.Muszę tu dopisać, że Emu posiadam, ale z racji tego, że olałam dbanie o nie wyglądają okropnie. Ale przyznaję, że są  to absolutnie najcieplejsze buty, jakie kiedykolwiek miałam.

Jakieś pomysły? Coś planujecie? Może zainwestować w sandały i  darować sobie wychodzenie z domu?

18 października 2013

Spod oka


Zmarszczki pod oczami bywają urocze... Zwykle jednak są zwyczajnie frustrujące, a dzień przed urodzinami nawet wkurwiające. Tak jak i opuchlizna pod oczami, wory pod oczami, cienie pod również oczami. Jak się tego pozbyć spod oczu? W końcu wypoczęte spojrzenie to połowa sukcesu. Mnie się tej połowy nigdy zdobyć nie udało.

Od kremu pod oczy oczekuje jedynie nawilżania, ale gdybym trafiła na taki co zlikwiduje wory pod oczami byłabym naprawdę szczęśliwa. Zrobiłam krótki ranking kremów, których używałam. Pominęłam tyle żele Flos Leku (świetlik, bławatek, dupatatek), bo moim zdaniem równie dobrze można sobie wklepać pod oczy trochę kisielu. Zero efektu.




Na ostatnim miejscu (choć na focie opatrzony jako nr 1) jest krem z Glossy Boxa. GlySkinCare. Na tubie jak wół napisane: likwiduje opuchliznę, wory i cienie. Od siebie dodam: to nie prawda! Jest to krem bez właściwości. Kosztuje 39 złotych.

Na drugim miejscu Clinique All About Eyes Rich. No i to jest dobry krem! Podobno napakowany silikonami i innymi takimi, ale kurna DZIAŁAJĄ. Zmniejsza wory i bardzo dobrze nawilża. Problem? Cena. Prawie 250 zł.

Na pierwszym miejscu coś co robi to samo co Clinique, ale za 16 złotych. To maść pod oczy z witaminą A Vita Pos. Nie nadaje się raczej pod makijaż, ale na noc super. Nawilża mega, wory mniejsze. Czy rozjaśnia cienie? Nie wiem, bo nie mam (niemożliwe!!). Można ją kupić w aptekach.

17 października 2013

Play it again, Sam!


Żal nie obwieścić światu, jakie kosmetyki mam zamiar kupować i kupować i kupować! Świat mógłby przestać istnieć bez tej informacji. Świat bez tego niusa nie byłby tym samym światem.

Pomijam oczywistości przeklepane na blogach w te i z powrotem, typu płyn micelarny Bioderma, bronzer Hoola Benefita itp. Mam, kocham, będę kupować dopóki starczy kasy.

Ale w tym poście o mniej spotykanych na blogach kosmetykach, które będę kupować, kupować i kupować... Aż się coś spieprzy (skład, działanie, zasobność mojego portfela). Albo nagle powiem: nie, nie, nie, nie warto kupować kosmetyków. 

Dobra, do rzeczy.

1. Smashbox do brwi

Super trwała, super twarda, super chłodny kolor. No i droga (ok 100 zł)

2. Maska do włosów Organique Energizing Hair Mask

Nie obciąża, unosi włosy, skręca (moje) fale. Nie jest niestety super tania - ok 35 zł.

3. Krem do włosów OSMO

Leciutki kem do podkreślania skrętu włosów. Nie obciąża, utrwala, wyczesuje się bez problemu, przedłuża świeżość włosów. Koszt - 50 zł.

4. Serum Flavo C

Świetne serum z lewoskrętną (stabilną) witaminą C. Witamina c jest przeciwutleniaczem, który "zabija" wolne rodniki. Czym są wolne rodniki? Poczytajcie mądrzejszego ode mnie. To serum jest naprawdę genialne. No i oczywiście dość drogie. Ok 50 zł. Dzisiaj kupiłam krem z tą samą witaminą firmy Ziaja. Na 90% nie wierzę w jego skuteczność, ale spróbuję. I dam wam znać, bo kosztuje jedynie 11 zł. Aha, testowałam już krople Juvit czy jakoś tak. Witamina C w kropelkach dla dzieci. Nie, to nie jest to samo co Flavo C. To lepiące gówno, idealne dla dzieci, a nie dla mojej cery. I podejrzewam, że również nie dla waszej.

5. Szampon Diploma (Oczywiście kto by tam czytał nazwy szamponu! Dla przyzwoitości - szampon nazywa się DiploNa)

Z szamponami Diploma rzecz jest dziwna, bo one robią to, o czym zapewnia producent. Ten ze zdjęcia ma unosić włosy u nasady - i robi to. Pomarańczowy ma nawilżać włosy i robi to. Dziwne, bo zwykle szampony po prostu myły włosy, albo i to nie. Kupiłam teraz 3 opakowanie. Litr szamponu kosztuje 11 zł. Do kupienia w Biedrze i w drogeriach Hebe.

12 października 2013

Z drugięj ręki i z ręki do ręki

Torebki nigdy nie miały dla mnie większego znaczenia. Kupowałam jedną na rok i chodziłam z nią na ramieniu, aż się nie rozwaliła. Dziwnym trafem, god knows why, w mojej garderobie znalazły się aż 4 torby. Jaja. Na co by tu się zdecydować? Co wybrać? Której powierzyć papierosy, telefon, portfel, papierki po cukierkach, paragony i inne śmieci? A propos, kto chce post "co jest w mojej torebce? To będzie jak wycieczka na wysypisko śmieci.

No dobra, nie było przypadku ani farta typu: torebki wleciały mi do garderoby. Wszystkie torby kupiła mi moja Mama w lumpeksach. Każda kosztowała 6 złotych. He he he. Lumpeksy są takie przyjemne! Z ręki do ręki! Z kawałkiem duszy. Z małą bransoletką. Albo z nic niewartą monetą :).


Number one
Pomarańczowy "kuferek" H&M. Z bardzo miękkiej ekologicznej (he he he) skóry (he he he). Moja ulubiona torebka tego lata! Obecnie trochę zapomniana. Razem z nią zapomniane zostały: 4 pomadki, mentos oraz niedopita fanta. Cudem odnalezione dzięki blogaskowi.




Number dwa.


Torba firmy, której nie ma w googlach!!!! Pewnie nie istnieje. Pewnie to żart jakiegoś zajebistego projektanta, który nie chciał brać na siebie piętna piękna i wspaniałości tej torebki! Torpea Italy! Jesteś bella borsa! Jak mówi tłumacz google.



I to śmieszne cieniowanie:


Number three

Nie ma firmy. Może poprzedni właściciel tak się do niej przywiązał, że wyciął metkę.  Jak dla mnie ciut za mała, ale w momentach gdy straszę się garbem i skrzywionymi łopatkami - idealna, bo za dużo w nią nie wejdzie.



To coś obok to mój popis dekoratorski. Połączenie szlachetnej sztuki i deko z Ikei.

No i czwarta.

Naprawdę ostatnia, bo prawie w ogóle nie noszona. Chyba kolor mi nie pasuje, kształt w sumie też. Ale czasami zerknę na nią łaskawym okiem. Całe te ciepłe uczucia do torebek za 6 złotych  nie pozwala mi jej tu nie umieścić.


śmieszne ma oczy, no nie?:)

10 października 2013

Problem (z) głowy

Mam taki problem z górną częścią mojego ciała czyli głową: ilekroć zaczyna się jesień i czas na zakup czapki, pojawia się pytanie: jak znaleźć coś na tak duży łeb oraz jak znaleźć coś co nie zrobi mi z włosów przylizanych strąków. W dobie czapek-kondomów znalezienie odpowiedzi na te pytania równałoby się z odkryciem na miarę "jaka jest istota czarnych dziur". A może ktoś już to wie?

Znalazłam coś takiego w H&M. Wszystko mi się bardzo podoba i jest mi w tym  bardzo do twarzy. Pełen sukces! Owszem, czapka trochę zbyt obcisła, ale nie oszukujmy się, za luźnej czapki mogłabym szukać w sklepie z workami na ziemniaki. A tego nie zrobię, bo worki mogłyby podrażnić mój skalp.

Od tyłu sfotografował mnie najlepszy PYSK świata.

Wszystko prócz swetra - z HAMA:)

Ostatnia jesień przed 30

Upiłam się ostatnio z przyjaciółką i na jej balkonie z widokiem na wielkie miasto przysięgłyśmy sobie, że 30. urodziny obchodzimy wspólnie. Że będzie ekstra, że będziemy miały korony, diademy i najpiękniejsze sukienki, że zaprosimy wszystkich. Się trzydziestką rozmarzyłyśmy.

Na kacu dopadła mnie myśl: "Boże, jest tyle rzeczy do zrobienia przed 30!". Mąż - nie ma, mieszkanie - nie ma, dziecko - brak, szmal, fura i komóra - pliiis! Prócz tego zapragnęłam być szczupła i fit do 30. Zrobić porządek z cerą. Więcej spać, mniej jeść. A właśnie w temacie diety. Po 30 zmniejsza się metabolizm więc wypadałoby przejść na jakąś dietę. Wiem, wyrzucę z jadłospisu  przetwory mleczne. A może też gluten! Niski indeks glikemiczny będzie od dziś jednym indeksem jaki tknę! No dobra, od jutra! I te ćwiczenia... Na co tu się zdecydować? Chodakowska, Mel B, bieganie, rower, a może joga?

Trzydziestka to też czas na jakieś zajebiste wyzwanie, spełnianie marzeń, zryw wolności aka młodości! Tatuaż? Skok ze spadochronem? Podróż stopem po USA? Przez łeb przeleciała też myśl o tym, że można przecież pozbyć się worów pod oczami. Chirurgicznie.

Na szczęście kac minął i wróciłam do leniwego robienia zdjęć butów na upierdolonym lustrze!



Czy ktoś ma jakiś pomysł na fajną ostatnią jesień przed 30 urodzinami? Może być głęboka woda, oby mi się spodobała! I nie, nie nauczę się pływać ani tańczyć!!!



9 października 2013

Mieszkasz tu jeszcze?

Czasami myślę, że kiedy będę stara, to moje drugie imię będzie brzmiało "zrzęda". Bo za zimno, za daleko, boli, piecze, ludzie są nieuprzejmi, kolejki u lekarza długie, a pielęgniarki patrzą wilkiem. A potem przychodzi chwila otrzeźwienia: wyluzuj! Ty już taka jesteś! Na starość będzie już tylko lepiej!

Jechałam wczoraj autobusem miejskim linii 174 i słuchałam rozmowy dwóch kobiet. Bohaterką niech będzie tylko jedna. Scharakteryzowała siebie sama, więc po prostu ją zacytuje: "Baśka, trudno w to uwierzyć, ja mam 83 lata. Trudno uwierzyć, bo nie wyglądam!". No i miała rację.

A potem snuła opowieść. Pojechała przypadkiem do Oświęcimia. Nie, nie dlatego, że to TEN Oświęcim, ale z powodu promocji na bilety PKS. Akurat przecenili te do Oświęcimia. Były po złotówce. W obie strony 2 złote.

"Boże, jakie to nudne miasteczko", stwierdziła rozglądając się wokół, aż tu nagle: "przypomniało mi się, że ja przecież w Oświęcimiu byłam w dzieciństwie, że mam tam koleżankę". Więc poszła pod jej dom, cudem odnaleziony w zakamarkach 80-letniej pamięci i zaczęła krzyczeć pod oknem: "Zoooooośka! To ja! Mieszkasz tu jeszcze?". No wariatka. Sąsiedzi pewnie mieli niezły ubaw. Może nawet ktoś chciał zadzwonić po straż miejską? Ale zamiast tego, zdarzyło się coś dziwnego. Poruszyły się pożółkłe firanki w oknie domu. W szparze pomiędzy nimi tylko na chwilę pojawiły się szeroko otwarte oczy. "Mówię ci, jak ona do mnie biegła!! Zośka".

Ciekawe jaki był ich dzień w Oświęcimiu. Pewnie wypiły herbatę, pewnie nalewkę. Może zapaliły po papierosie. Popiół fruwał między ich pomarszczonymi dłońmi. I słychać było taki piękny dźwięk spalania bibułki (tak palić potrafią tylko stare kobiety). A Zośka długo nie mogła zasnąć, bo w brzuchu latały jej motyle. One zawsze pojawiają się, kiedy zdarza się coś takiego.

Kuuuurde, a miało być o butach!
Parka - sh
koszula - Bialcon

 



4 października 2013

Taki miks


No musiałam to pokazać! Zajebiste połączenie. Tak się sobie podobam, że aż sobie stworzę posta ze swojej własnej okazji, na swoją własną część! Ku swojej własnej chwale!




Płaszcz i sukienka: lumpeks
papieros: spożywczak

3 października 2013

K(l)asa, bejb!

Pranie nastawione, kuchnia posprzątana, makrela i smalec kupione. Czas siąść przed kompem i napisać parę słów o życiu w luksusie. 

Na dobry początek opowieść o kwietniku. Żeby było wiadomo, że kwietnik należy do człowieka z kasą, trzeba tylko jednej zasady pilnować: ma być dużo. Palmy, giga kaktusy, Juki i paprocie, doniczki wielkie, najlepiej białe (eleganckie). Obok drewno - wskazówka dla tych, co mogą mieć wątpliwości co do posiadania kominka. Mam drewno - mam kominek. Siedzę przed nim wieczorami, słucham Anny Marii Jopek i popijam czerwone wino na białym dywanie ze skóry niedźwiedzia (zakupiony przy drodze do Nowego Targu).


Taki luksus to doskonałe tło do zaprezentowania butów. Postawić brudną podeszwę na białą donicę i nie martwić się o nic - przywilej każdego, kto liznął lepszego życia... Zupełnie jak lodów od Grycana.


Mieć ufajdany obcas i nie martwić się o nic - kolejny przywilej człowieka z rodu Karingtonów.


Niewrażliwych na drewno, białą donicę oraz słusznych rozmiarów palmę, zachęcam do spojrzenia na detale. Skóra, srebro i nowe czarne skarpety! Tak kochani, to ten haj lajf!



Buty: zign (zalando.pl)
Skarpety: allegro
Dżinsy: HM

2 października 2013

Jesień - co, gdzie i za ile

Chociaż najpiękniejszy miesiąc to oczywiście maj, bo w maju są moje urodziny, to jesień jest równie wspaniała. Dzieją się wtedy niezłe rzeczy: można nosić rozpięte płaszcze, buty, które nie są kozakami albo japonkami, malować paznokcie na czarno, słuchać Edyty Bartosiewicz, pić herbatę z goździkami i oglądać nowe odcinki seriali. Dla tych, którym za mało: można też przekopać grządki w ogródku, posprzątać taras, umyć okna i zacząć przygotowania do świąt bożonarodzeniowych.

Niby nie miałam już pisać o niczym innym niż o butach, ale można mi wierzyć tak jak można wierzyć kobiecie. Zresztą, tyle wsaniałych rzeczy mam do powiedzenia, nie mogę zamknąć sobie ust butami.

Dzisiaj jesienne rady. Jeśli z nich skorzystacie macie szansę uniknięcia jesiennej depresji i całego tego narzekania na piękną porę roku. Do tego skromnego zestawu proponuję dorzucić kilka komplementów od przystojnych chłopów (mogą być wymuszone) i zakup nowych butów (można zakup wymusić u kogoś z grubszym portfelem, ten alternatywny sposób działa jeszcze lepiej!).

Zaczynamy


Po pierwsze kupcie sobie tę maskę.




Kosztuje jakieś 13 zł (kupiłam ją w drogerii Jaśmin). Efekty: jasna buzia. Nie wiem jak to inaczej nazwać! Jak napiszę, że promienista, to jakby wysmarowana rozświetlaczem, a to nie o to idzie!  Coś jakby świeże pranie, tylko na buzi :D Cuda! Ciekawe czy inne kosmetyki Bingo SPA też są ok. Na wizażu piszą, że tak, ale średnio ufam tym rankingom, bo na pierwszych miejscach są zawsze tanie gnioty typu żel do powiek ze świetlikiem (heloł!).

Posłuchajcie tej piosenki




Jeśli macie włosy takie jak ja, czyli chuj wie jakie (wysokoporowate, falowane, dziwaczne, czasami puszyste, czasami wprost przeciwnie, no i zbijające się w strączki...ju noł co mam na myśli, nie są sypkie), to kupcie sobie tę odżywkę.



Mistrz z drogerii za 8 zł. Co robi? Przedłuża świeżość włosów (wiecie, że chodzi o przetłuszczanie, ale od tego słowa się tyje) i sprawia, że są sypkie a nie postrączkowane (fachowe słownictwo!). Od 6 rano nie czesałam włosów. Jest 20 i proszę! Zero strąka! :D




Jeśli macie suche usta, ale to takie na maksa suche, kupcie sobie to.masło, balsam, krem... To coś!



Kosztuje 30 złotych, sporo jak na balsam do ust, ale wole wydać raz a dobrze, niż pieprzyć się z tysiącem gównianych pomadek, które nie nawilżają a wysuszają (moje) usta. Tak więc - kosmetyk idealny dla popękanych, przesuszonych ust. Jesli nic wam nie pomagało, to ma szansę zadziałać.


Więcej już nic nie kupujcie. Pomalujcie sobie paznokcie na czarno i cieszcie się jesienią, bo zimą będzie gorzej.

22 września 2013

Porządek musi być!

Hello bucie fanki! Kurwa, muszę aż zakląć, zrobiłam tu porządek i czuję się ZAJEBIŚCIE. Wywaliłam wszystkie posty o dupie Maryni! Zostają same buty i parę ubraniowych postów (bo były fajnie napisane). Moi kochani, wracamy na właściwą ścieżkę. A jak na ścieżkę i jak będziemy łazić, to tylko w butach. Alllejuja!:)

PS założyłam też nowego bloga, takiego pisanego. Jak znajdą się tam więcej niż dwa posty, dam linka:))

Buty, które robią mi jesień to te piękne Zigny, które kupiłam na Zalando.pl. Wygodne są, dobrze wyglądają właściwie ze wszystkim. Od spodni po sukienki. Jedyna wada butów Zign to trochę zawyżona rozmiarówka. Jeśli więc macie rozmiar między 39 a 40 - zdecydowanie bierzcie 39.

W tle obraz pt. Grudzień (nie, nie wiem dlaczego).


11 czerwca 2013

Problem wtorku: niski obcas

Wtorek zawsze przynosi problemy. Jedne większe, drugie mniejsze. Dzisiaj omówimy jeden z istotniejszych. Trapiący kobiety od kilku lat. Pokrzywdzone są niezgraboty, cierpiące na choroby nóg, leniwe, czasami wysokie. Jest to tak zwany problem "jak znaleźć ładne buty na niskim obcasie". Czy dzisiaj uda mi się go rozwiązać?

Po pierwsze powiedzmy sobie jasno: niski obcas nie ma szans z wysokim. W tej walce smukła szpilka zawsze zwycięży. Ten wstęp jest po to, aby uniknąć komentarzy o tym, że warto się nauczyć w tym biegać, chodzić, stać. Tak, ja wiem. Jestem przekonana, że to buty stworzone po to, aby wyglądać dobrze.  Ale sami rozumiecie, że są pewne sytuacje...



Te sytuacje, to na przykład: styl życia, lenistwo, 176 cm wzrostu, choroby nóg. Co zrobić, kiedy jesteś skazana na niski obcas? Najpierw odpowiedzmy sobie na inne pytanie: czego nie robić? Nie robić zaokrąglonych czubeczków z przeszyciami i kokardkami w jasnych kolorach (z niskim obcasem wyglądają jakbyśmy je ukradli dziewczynce, która idzie do komunii). Nie robić zbyt mocno zakrytych palców (zbyt głębokich butów) bo wtedy na stopie tworzy się kokon. Nie robić dłuuuuuugich czubów, dłuższych niż obcas:), bo sprawiają zachwianie proporcji. Nie muszę mówić o nie robieniu brzydkich obcasach kaczuszkowatych lub kieliszkowatych? Nie muszę.

A teraz pytanie zasadnicze: co robić? Co gdy nasz obcas musi być niski?

Trzeba sobie popatrzeć na mistrzynię. A jest nią Carla Bruni, która umie chodzić w szpilach, ale życie zmusiło ją do pewnych wyrzeczeń. Miłość.









Carla robi tak, żeby buty nie wyróżniały się na tle całego stroju.

 

(Scherlock on) Wydaje mi się, że ważne są tu jasne rajstopy lub gołe nogi oraz zakryte jedynie palce stóp. Dzięki temu noga wydaje się (a jednak) dłuższa. (Scherlock off)

I teraz taka zasada. Rób co każe Carla i możesz nosić co zechcesz i będzie to wyglądało gites. Czyli jeszcze raz: zawsze odsłonięta jak największa część stopy (a, trzeba tu dodać, że mówimy o sandałach, czółenkach i pantoflach, póki co olewamy botki i kozaki), ZAWSZE zostawiamy jak najwięcej jasnej skóry (na przykład spodnie 7/8, a nie takie zwisające nogawki, które czasami można zaakceptować w sytuacji przyodziania szpilek). Jak będziemy się do tego stosować to będzie pół biedy i pół sukcesu! Nawet z...

cielistymi sandałami:
we-dwoje.pl
 albo brokatowymi "szpilkami"


I jeszcze poradnik dla tych, co po prostu chcą kupić. Jakie sklepy odwiedzić?

Klasyki kupicie wszędzie. Zalando, butyk, ebuty. Ale jesli macie ochotę na jakieś szaleństwo polecam loft37 i funindesign. Oba sklepy wykonują buty na zamówienie. Możecie wybrać nie tylko kolor i fakturę, ale również wysokość obcasa. Może to jest jakieś wyjście?




9 czerwca 2013

Parę słów o ideałach

Lato srato. Ja tam jestem już w jesiennych kałużach i właśnie na taką pogodę znajduję buty. Szukam sandałów, w oczy wpadają jedynie kowbojki. 

Zanim przejdziemy do przyjemności, jeszcze tylko parę słów o idealnych butach na lato, których NIE MA. Nie istnieją. Dlaczego? 1. mają jasną wkładkę. Nie wiem jak sprawić, aby wyglądała estetycznie i jednocześnie chodzić w nich po zakurzonych chodnikach (a niekiedy, o zgrozo, nawet po piachu). 
2. wciskają wszędzie te swoje motylki, gwiazdki, serduszka i kwiatki. Nawet kokardki, które lubię, potrafią wyglądać jak wypięte z włosów 6-letniej dziewczynki. A ja mam prawie 30 lat. 3. Mają super ultra cienką podeszwę (jak always). Dzięki niej czujesz każdy kamyk, każda nierówność. Poza tym to chyba nie jest najzdrowsze dla stóp? A samopoczucie? Jak może się czuć stopa narażona na takie atrakcje? 4. Uparte zakrywanie stóp tysiącem pasków. Mogą być i grube pasiory, które razem tworzą jakiś cholerny kokon, może to też być sieć cieniutkich paseczków, które oplatają spuchniętą stópkę jak dorodną szyneczkę. Ludzie! Moje stopy nie chcą być więzione w sandale (a wy byście chcieli?). 5. No i jeszcze te paski na kostce. Halo. Ja wiem, że pieknych i zgrabnmych nogach wszystko wygląda fajnie. Ale rozejrzyjmy się wokół siebie. Nie jesteśmy w agencji modelek, ale na polskiej ulicy. Latem nogi puchną większości kobiet. No i co? No i nie warto oplątywać ich jeszcze tym szerokim paskiem na kostce.

Oto co znajdujemy w sklepach. 
 

Jasna podeszwa, motylki obrzydliwki i paski, dzięki którym poczujesz się jak szynka.


Chciałabym też powiedzieć, że sandały na obcasie wygrywają nie tylko z tymi na płaskiej podeszwie, ale również ze mną. Więc wiem, że wyglądają super, ale niestety nie sprawdzą się przy moim trybie życia i nieumiejętności poruszania się w terenie. (wznosi ręce do stwórców). Oby kiedyś ta sytuacja uległa zmianie.Wtedy na bank kupię sobie coś takiego:


A i jeszcze coś. Mimo tych niedogodności kupiłam sobie dwie pary sandałowatych. Da się, ale trzeba naprawdę sporo przejść, by osiągnąć cel.
Pokażę.

Wracając do ideałów:

Dawno nic mi się tak nie podobało jak  te buty. Zanim jednak kliknęłam "kup" zniknął mój rozmiar. Ale ja sobie poczekam...:)


Niech tylko pojawi się rozmiar 40, będą moje:))))


Wszystkie buty, których użyłam w celach pokazowych są firmy Zign. Można je kupić w sklepie zalando.pl. Dlaczego akurat te? Bo akurat tę markę lubię i cenię (naprawdę wygodne buty) i buszowałam w ich produktach.




29 stycznia 2013