6 grudnia 2014

Spokojnie, to tylko feminizm!

Jaka jest feministka? Babochłop, głupia, krzykaczka, nienawidzi mężczyzn, mięśnie jak u Pudziana, nie uprawiała seksu od lat, brzydka, lesba, regularna pacjentka klinik aborcyjnych!

Spieszę z uzupełnieniem! Oto przykładowy portret feministki z krwi i kości: kobieca, mądra, kocha mężczyzn, piękna, heteroseksualna i bez usuniętych ciąż na koncie :) To sem ja! Feministka!



Opadają mi czasami ręce, kiedy mądrzy, dobrzy, wartościowi ludzie zapierają się nogami i rękami przed feminizmem. Podejrzewam, że nie chcą być utożsamiani z tym, co sami myślą na ten temat, ze stereotypami, które mają w głowie. No bo jak można wspierać ruch wrzeszczących histeryczek? Więc ja cichutko i spokojnie (jak na kobietę przystało :D) wyjaśnię swoją wizję feminizmu, tożsamą z poglądem Beyonce (tak tak, tej rozerotyzowanej piosenkarki):

"Feminist(k)a to osoba, która wierzy w społeczną, polityczną i ekonomiczną równość kobiet i mężczyzn".

Wierzę w to właściwie od dziecka:) Możemy to nawet przeanalizować:) Wychowałam się w domu, w którym czasami słychać było takie dialogi: - Ewa, posprzątaj! - Mamo, a on (brat) nie może? - On jest chłopakiem.

Już wtedy cała się gotowałam i zaręczam - nie sprzątałam. Co dziwne, Mama się na to godziła. Mam wrażenie, że sama wiedziała, że jej słowa nie są fer, ale wypadało jej coś tam powiedzieć :)

W liceum i na studiach wkręciłam się w feminizm w literaturze, zaczęłam nawet pisać pracę magisterską na ten temat. Czytałam bardzo dużo o ruchach feministycznych, poznawałam naukowe teorie, przeczytałam mnóstwo książek i.... Zniechęciłam się do feminizmu, feministek i tego wszystkiego. To było zmęczenie materiału. Raziła mnie również agresja niektórych kobiet-feministek. I choć nigdy nie pomyślałam, że feminizm jest czymś złym, sama stałam się negatywnie nastawiona do tego ruchu.

Jednocześnie nigdy nie byłam typem kobiety domowej, choć uwielbiam gotować i nie uwłacza mi sprzątanie. Nie traktowałam tego w kontekście obowiązku przypisanego kobiecie!!

W międzyczasie poznałam Pyska, który odkrył we mnie pokłady kobiecości, atrakcyjności i wszystkiego co można nazwać "wow, jaka cudowna, idealna kobieta!!" :).  Zaczęłam również pracę w mocno męskim środowisku, w  którym nigdy (albo sobie nie przypominam) nikt mnie nie dyskryminował z powodu płci. Nigdy też nikomu nie dałam powodów do tego:). Pracowałam tak jak miałam pracować, nie marudziłam, nie płakałam nad złamanym tipsem...:) Kiedy minęło kilka lat od mojej feministycznej przygody na studiach, zaczęłam odkrywać go na nowo. Praktycznie, nie naukowo. Dla siebie samej:)

Tak powstał mój feminizm, z którym żyję sobie na co dzień.   Uważam, że kobiety i mężczyźni są równi:) Naprawdę czuję się dziwnie tłumacząc, że kobieta może (rly!) zostać prezesem banku, albo rektorem wyższej uczelni, ostatnio została premierem europejskiego kraju (i apokalipsy nie było!). Ale uważam przy tym wszystkim, że parytety nie są ok. Według mnie są upokarzające. Jakieś rezerwowanie mi miejsc na przykład w rządzie, to tak jakby ktoś stwierdził: biedna kobieto, sama nie dasz rady, zarezerwujemy ci miejsce! Nie nie nie, dziękuję, poradzę sobie sama, jeśli się nadaję.
Uważam, że kobiety powinny służyć w wojsku, jeśli mają ku temu predyspozycje, oraz jeśli, tak samo jak faceci, udowodnią, że potrafią. To samo dotyczy biznesu, polityki, kierowania koparką etc. Jeśli potrafisz, rób! Jednak wrzucanie kobiet w te środowiska za pomocą parytetów, jest obrzydliwe i poniżające.

Wkurwiają mnie kampanie społeczne przeciw przemocy, w których o przemoc obwinia się jedynie mężczyzn KLIK . Uważam, że to obrzydliwe, buduje stereotypy, krzywdzi i w żadnym stopniu nikomu nie pomaga. Nie wiem dlaczego tak trudno zrozumieć, że złem jest przemoc, a nie facet.  Zwyczajnie wstyd mi za ludzi, którzy organizują takie kampanie.

Jeszcze kilka słów o wyglądzie feministek. Prawda jest taka, że każdy ma prawo wyglądać jak chce. Feministki z krótkimi włosami, w bojówkach mają prawo do tego, by się tak ubierać. Posługiwanie się jednak stereotypem o feministce z wąsami jest niemądre. Bo. Bo na przykład ja uwielbiam być seksowna, podobać się, kocham komplementy. Mam tonę kosmetyków, poświęcam swojej urodzie mnóstwo czasu. Chodzę do fryzjera i bywa, że noszę krótkie spódniczki. Zamierzam też kupić sobie kozaki za kolano i pewnie będę wyglądać nie-jak-feministka. Oglądam komedie romantyczne, nie wiem jak się wbija gwóźdź. Nie znam bebechów swojego samochodu. I też jestem feministką :)

Byłabym załamana, gdybym nie mogła czegoś zrobić, tylko dlatego, że jestem kobietą. Naprawdę zajebiście trudno uwierzyć mi w to, że kobiety feminizmem pogardzają. Że możliwość głosowania (dopiero od 1918 roku!!!!) nie jest dla nich ważna, że mają w dupie to, że mogą studiować, robić karierę, zdobywać świat! Że swoboda obyczajowa pozwala im wyjść do klubu w ultra mini bez zgody faceta. Przynajmniej ja się o zgodę nie pytam. A Ty? Cieszę się, że mogę decydować o sobie, sprawia mi to przyjemność. Nikt nade mną nie stoi kiedy głosuję, albo mi nie każe wychodzić za mąż, nikt nie zmusza do rodzenia dzieci. W fajnych czasach żyję :) Pamiętam też, że te czasy to zasługa (haha) sióstr-feministek! Ave sis!:)

Ale dość o mnie - kobiecie. Wyobraźmy sobie, że jestem facetem. - Przynieś mi piwo, żono! - krzyknę z bazy - kanapy przed telewizorem. - Zostaw te książki i weź się do gotowania obiadu na jutro!

Osz fuck! Wizja co najmniej straszna! Po pierwsze jestem idiotą, po drugie moja partnerka nie lubi spędzać ze mną czasu (lubi? nie wierzę!). Byłabym załamana, gdyby moja żona czy dziewczyna siedziała w domu i mi sprzątała. Gdyby nie miała swojego zdania, gdyby jej największym wyzwaniem było ozdobienie tortu urodzinowego. Oh, jak bardzo cieszyłabym się, że mogę z nią pogadać o literaturze:) Albo być jej powiernikiem tajnych planów zrobienia kariery i zdobywania świata:)

Gdybym była facetem, cieszyłabym się, że w pracy mój przełożony jest merytorycznie przygotowany do pracy, dobrze zarządza. Nie płakałbym po kątach, gdyby była to kobieta. Gdybym była facetem, nie wyśmiewałabym kobiet, które nie dadzą rady wnieść pralki na trzecie piętro. Po prostu bym jej pomógł :)

20 listopada 2014

Projekt szafa

Wyobrażałam to sobie tak: najpierw zdejmę wszystko z wieszaków. Potem posegreguję: w tych chodzę często, tych nie używam, te oddam koleżankom, te wystawię na allegro. Rzeczywistość jednak mnie zaskoczyła. Najpierw wypieprzyłam wszystkie moje ciuchy na środek garderoby. Potem: zapaliłam papierosa, wypiłam kawę. Zajrzałam do garderoby. Przestraszyłam się. Postanowiłam zjeść śniadanie, wypić herbatę, zapalić papierosa, obejrzeć odcinek "Żony idealnej"... Doskonale skrojone kostiumy głównej bohaterki dodały mi sił. Weszłam do garderoby raz jeszcze i wzięłam się do roboty.


Powoli, bo za chwilę pojawiły się problemy.




Problem pierwszy:

Wow! Nie wiedziałam, że to mam! Ale super fajowskie! Wow wow wow! Założę to jutro do pracy! Wow!

Rozwiązanie wg Ewy:

Zostawić. Skoro nie używałam tych ciuchów to przecież nie wiem, czy się polubimy. Dałam szansę.



Problem drugi:

Za małe? Dobrze że planuję schudnąć!

Rozwiązanie:

Wypieprzyć.

Podpowiedź:

Ewa, jeśli schudniesz, kupisz sobie mnóstwo pięknych, nowych ubranek. Te wyrzuć... (jak z dzieckiem).



Problem trzeci:

Oooo, dostałam to od Mamy.... Ooooo.... Miałam to na sobie, kiedy pierwszy raz się spotkaliśmy.... Czyli sentymenty.

Rozwiązanie:

Zostawić. Lubię wspomnienia zawarte w zapachu tych ubrań.




Problem czwarty:

Hmmm, czy to jest w mim stylu?

Rozwiązanie:

Jeśli nie nosiłaś tego pół roku a wisiało na wieszaku przed twoimi oczami - nie, nie jest w twoim stylu. Wypieprzyć.



Problem piąty:

Troszkę się zniszczyła, ale tak bardzo lubię ją nosić...

Rozwiązanie:
Wypieprzyć. Zrobić miejsce na nowe!! Zniszczone idzie do kosza. Zniszczone do niczego nie pasują. Bijons nie chodzi w zniszczonych ubraniach! Monica Bellucci nie ma zniszczonych ubrań!

A i jeszcze. Co to jest zniszczone ubranie? Poplamione, zmechacone, porwane, wytarte, takie, którego kolor wyblakł.



Zapaliłam.



Rozstałam się  60 procentami mojej szafy. Ogarnęła mnie pustka.  Kątem oka patrzyłam na ubrania, które odłożyłam do wyrzucenia. Okropny widok pustych półek i smętnie wiszących wieszaków obijających się o siebie drewnianymi ramionkami. Jak by mówiły: zi-mno na-m bez two-i-ch swe-trów.

Zapal, wypij kawę, zadzwoń, wejdź na fejsa, tylko nie patrz na to przez 15 minut. Ochłoń! Straty zawsze są bolesne.

<Paulo Coelho on>Trzeba wstać, podnieść głowę i uświadomić sobie, że jest się mięczakiem. Działa wtedy stara dobra zasada: nie marudź, są na tym świecie gorsze problemy. Na myśl o kłopotach takich jak: brak wody, szalejąca ebola i zagrożenie terrorystyczne, pierś sama podnosi się do góry. <Paulo Coelho off>

Wyniosłam więc ciuchy i wróciłam do garderoby. Pięknej. Wysprzątanej. Nie pustej. Oczyszczonej. LOL.



Co mi zostało na wieszakach? Niestety minimalistką nie zostanę. Jest kilka par dżinsów, są tiszerty, jest też kilka żakietów, jest i kimono, sukienki, sukienki w panterkę na specjalną okazję... Łatwiej jednak jest mi teraz dostrzec, że:

1. W szafie mam wyłącznie zimne kolory. W ciepłych czuję się okropnie. Od dawna to podejrzewałam, ale teraz to wiem na pewno. A więc zostały: czarny, biały, szary, niebieski, zielony, bordowy i granatowy. Inne są wyjątkami :)

2. Podstawową cechą moich ubrań jest to, że są wygodne. Niegryzące materiały, bluzki, koszule sięgające za biodra, spodnie z wyższym stanem, koszule, które dopinają się na cyckach.

3. Brakuje mi dobrej jakości bluzek - tiszertów i topów.

4. Nie dzielę swoich ubrań na: do pracy i na życie obok pracy:) jupi!!!

5. Śmieszna rzecz. Odkąd pamiętam lubiłam się ubierać jak bohaterki filmów, które akurat oglądałam. Okazuje się, że trwa to do dzisiaj :)) Nie zamierzam tego zmieniać, mimo że w szafie mam dżinsy z wysokim stanem w stylu Marylin Monroe i trencz rodem z "Między słowami"...:)


Czy zamierzam kupować mniej, czy rezygnować z sieciówek? Nie do końca:) Na bank będę zwracała większą uwagę na jakość, bo zwyczajnie wkurwiają mnie te szmaciarskie ubrania, które po jednym praniu nie nadają się do noszenia. Ale jakość nie zależy od sklepu. Moja najlepsza bluzka pochodzi z Primarka:) Natomiast jedna z sukienek kupiona za grubą kasę od polskiego projektanta wygląda po kilkukrotnym założeniu jak ścierka:). Trzeba macać materiały i czytać etykiety.

Ograniczę też kupowanie w sieci. Za dużo błędnych decyzji :D

Sprzątając szafę, korzystałam z bloga Ubieraj się klasycznie:) Bardzo polecam wskazówki autorki! Blog jest skarbnicą wiedzy!

4 listopada 2014

Zastanów się, zanim dasz słowo

Od jakiegoś czasu śledzę bloga Marzeny Misja Rakija, która szuka swojego bliźniaka genetycznego, takiego który mógłby podzielić się z nią szpikiem. Niedawno się taki znalazł i Marzena, a wraz nią cała rzesza, tych którzy jej kibicują, skakała ze szczęścia. Niestety. Kilka dni przed przeszczepem, dawca zniknął. Czujecie ból Marzeny?

Całym sercem wspieram Fundację DKMS, która tworzy bank komórek macierzystych. Mam na swoim koncie kilka osób, które wpisało się do bazy i wciąż agituję na jej rzecz. Dzisiaj, kiedy dowiedziałam się, że dawca Marzeny nie odbiera telefonów ze szpitala i prawdopodobnie wycofał się, zdałam sobie sprawę, że i agitować trzeba z pewną ostrożnością.

Zanim więc wpiszesz się na listę potencjalnych dawców - bardzo dokładnie to przemyśl. Czy na pewno jesteś gotów, czy chcesz, czy jesteś przekonany na miliard procent, że nie zawiedziesz, że nie dasz złudnej nadziei bezbronnej osobie. Bo przecież nikt za uszy nie zaciągnie cię do szpitala. Poczytaj, zdobądź wiedzę, oglądaj, szukaj. A potem z całą odpowiedzialnością, ze świadomością konsekwencji... Wtedy możesz złożyć podpis.


Wolontariusze! Nie pozwólcie nikomu podejmować decyzji pod wpływem euforii, alkoholu czy narkotyków. Niech każdy, kto wyrazi chęć bycia dawcą, dobrze to przemyśli, pomóżcie mu w tym.


Pomyślcie, zanim dacie słowo. Niech deklaracje znaczą coś więcej niż słowa. Wycofywanie się z możliwości podarowania komuś życia jest okrutne. Wiem, że przyczyny mogą być różne, nie mówię o wypadkach losowych czy chorobach. Mówię o braku konsekwencji i głupocie.

1 listopada 2014

Po co są święta?

A właściwie po co są świąteczne tradycje? Ja jestem chodzącą antytradycją. Odkąd jestem dorosła, niezależna od rodziców, odkąd rozporządzam swoim czasem sama, olałam wiele rzeczy. I dzisiaj poczułam jak bardzo mi z tym źle.



Mimo że się zanosi, nie będzie to smutny post :).

Od kilku lat nie wyjeżdżam do rodzinnego domu na święta 1 listopada. Choć na cmentarzu mam co najmniej dwie bardzo bliskie mi osoby, na kolejnym kolejne dwie... I teoretycznie mogłabym. Mam jednak dwie wymówki: praca oraz "nie muszę tam być akurat 1 listopada". Obie wymówki mają sens. I pomijając prozę życia pierwszej, ta druga autentycznie wyraża moje nastawienie. I nie mam zamiaru zmieniać  w tej kwestii zdania.

Ale.

Ale dzisiaj ni stąd ni zowąd zatęskniłam i poczułam, że robię źle, oj źle. Właśnie sprzątałam kuchnię (tak m.in. wykorzystuję świąteczne dni - by posprzątać), kiedy przypomniałam sobie smak ciepłego rosołu, na który czekałam caaaałe godziny (a przynajmniej tak mi się wydawało) na cmentarzu. - Mamo, możemy już iść? - pytałam w imieniu swoim i brata. Jeśli mama się zgodziła, szliśmy szybko do domu, żeby odgrzać rosół dla wszystkich, którzy wracali wkrótce po nas. Pamiętam, jak piekły mnie policzki, kiedy z zimna wchodziłam do rozgrzanego domu.

Za smakiem ciepłej zupy przyszły wspomnienia o ciepłej kurtce, która właśnie 1 listopada rozpoczynała sezon na cieplejsze ubrania. Obowiązkowa była też czapka, która niemiłosiernie gryzła w czoło. Wróciły wspomnienia o spotkanej na cmentarzu rodzinie (o której zwykle mówi się: "Z Krysią to się widzę raz na ruski rok!"), o komentarzach "o matko, jak ty wyrosłaś!!", które wówczas drażniły, dziś dałabym się za nie pokroić.

Kiedy piszę ten post jest już ciemno. Dokładnie o tej porze kilka lat temu brałam "pod pachę" moje młodsze rodzeństwo (ciekawe czy to pamiętają:)) i szliśmy razem na rozświetlony zniczami cmentarz. Było pięknie, a stawało się jeszcze bardziej radośnie, gdy po drodze spotykaliśmy moją przyjaciółkę, kolegów i inne dzieciaki. Po spacerze, zmarznięci wracaliśmy do domu i oglądaliśmy telewizję. Tak zwyczajnie.

Moje dzieci będę skazywać na te wszystkie "tradycje". Guzik mnie obchodzi, że nie będą lubiły jakiejś ciotki, a buziaki od wujków będą budzić grozę, a na cmentarzu będzie im zimno. Wkurza mnie to znikanie, wkurza mnie że ja sama znikam. Ta ja sprzed kilku lat. Taka fajna, zmarznięta, z cieknącym po brodzie rosołem :)

30 października 2014

Milcz w komunikacji miejskiej



- Gotuję dziś pomidorową. I tak się zastanawiam, z kluseczkami czy z ryżem?
- Oj, sama nie wiem, co ci doradzić... Kluseczki czy ryż, kluseczki czy ryż...
- Kluseczki?
- Czy ryż?
- Ryż uwielbia Tomek.
- To ryż.
- Ale jego nie będzie dziś w domu...
- To kluseczki czy ryż?
- Ja byłabym za kluseczkami, bo uwielbiam kluseczki...
- To zdecydowanie kluseczki...
- Oj... Ups...
- Co takiego? Ryż?
- Przypomniało mi się, że jestem na diecie bezglutenowej... Kluseczki nie!
- To ryż.

***

- Wiesz, Tomuś uwielbia kiedy się nie golę.
- Ty się golisz???
- Nie no właśnie się nie golę! Bo Tomuś uwielbia, kiedy się nie golę.
- Ale dlaczego miałabyś się golić?
- No wiesz, zarastam... Ale Tomuś uwielbia mnie zarośniętą...
- Serio? Nie wiedziałam, że masz problem z hormonami...
- Najmniejszych! Włosy mam...
- Właśnie widzę, że chyba sobie doczepiłaś kilka pasemek...
- Nie, zwariowałaś, Tomuś nie lubi jak ingeruję w owłosienie!

***

- Nienawidzę tej kurwy!
- No ja też.
- Boże jaka ona jest brzydka i śmierdzi jej z ust.
- No i ma żółte zęby.
- A ostatnio szef działu księgowego powiedział jej tak: Anka Kowalska, jak ty chcesz być księgową w firmie Sonex, to ty się weź do roboty!
- A ty mówisz o Ance Kowalskiej z księgowości, a ja myślałam o Baśce Nowak z haerów...
- Nie no, Anka Kowalska, pracuje na trzecim piętrze, w księgowości Soneksu.
- Spoko, już wiem o kogo chodzi.



Naprawdę, czasem warto milczeć. Wsadzić nos w fejsa, przeglądać posty znajomych i milczeć. Takich historii muszę codziennie wysłuchiwać w autobusie. Pół godziny w paplaninie. Szanujmy się, pasażerowie komunikacji miejskiej.

29 października 2014

Nie rób tego kobiecie

W związku z licznymi obserwacjami relacji damsko-męskich postanowiłam napisać post-poradnik. Możecie się śmiać, możecie pokazać chłopom, możecie dopisać swoje punkty. Nie sądzę jednak, abyście się ze mną nie zgodziły.

"Ideologii" gender to tu nie będzie. Nic a nic. Będą podziały absolutne, rozróżnienie płci zasadnicze. Ojciec Rydzyk będzie ze mnie dumny.

Dlaczego są momenty, w których faceci wkurzają kobiety? Przecież tak generalnie to najlepsze istoty na świecie. Opiekuńcze, dobre, przystojne, pomocne i dopełniające całości. Są jednak momenty, w których zupełnie się nie rozumiemy. Jakby A zderzyło się z Z, albo jedynka z trójką, cytryna z bananem, czekolada z pieprzem, budyń z bigosem, tusz do rzęs z olejkiem do kąpieli. Setki nieporozumień, niedopasowane struktury, inne smaki, dręczące myśli, wieczne zastanawianie się: "ale o co kurwa chodzi?". Faceci zwykle są zaskoczeni, bo chcieli dobrze, a wyszło jak zwykle. Tymczasem wystarczy czytać nieobutego. Prócz tego wsłuchiwać się i obserwować.

Facecie!


1. Nie radź!

Kiedy gadamy o problemach w pracy albo o trudnej przyjaźni albo o za małych butach - NIE CHCEMY waszych rad! Nie wysilajcie się i tak nie wiecie o co chodzi. Nie ma was w pracy, nie wiecie, co czujemy do naszych przyjaciółek, nic nie wiecie. To nie wasza wina, tylko taki fakt. To jakbym radziła Pyskowi, jaką farbą ma namalować obraz. Po prostu nas wysłuchajcie (ale serio, nie z przymrużeniem oka) i przytulcie. O nic więcej nam nie chodzi.

PS jeśli chce my rady, mówimy: "czy mógłbyś mi doradzić, co mam zrobić?". Proste:) 


2. Nie przeszkadzaj, nie zaczepiaj, kiedy jest zajęta, daj jej jej przestrzeń

Daj kobiecie żyć! Daj pracować! Daj pobyć we własnym świecie. Jest tam nie dlatego, że nie chce być w waszym wspólnym świecie, ale dlatego, że każdy zdrowy człowiek potrzebuje swojej przestrzeni. Każdy musi mieć czas dla siebie. Niektóre kobiety spędzą go w łazience po raz setny poprawiając makijaż, inne będą czytać cały wieczór, a jeszcze inne leżeć na podłodze i gapić się w sufit. Niektórym wystarczy pięć minut, inne potrzebują kilku godzin. Nie potrzeba im was w tym świecie. Nie podchodźcie, nie szczypcie, po prostu dajcie nam pobyć ze sobą. Kiedy podchodzicie od tyłu i obejmujecie nas, kiedy właśnie obieramy ziemniaki, przeszkadzacie!! I nie ma to nic wspólnego ze złośliwością albo z tym, że was nie lubimy. Po prostu przeszkadzacie. Robię coś - idź sobie, albo uprzedź, że chcesz wejść do mojego świata. Możesz na przykład wymamrotać: "Kochanie, nie przeszkadzam?". Proste?:)

3. Śmiej się, nie wyśmiewaj

Nie ma nic lepszego niż poczucie humoru i nic gorszego od wyśmiewania. Jeśli do wyśmiewania dorzucisz ironię - jesteś dupkiem (albo dupką). Sory. Poczucia humoru nie da się nauczyć, trzeba je wyczuć, dozować drugiej osobie umiarkowanie, tak żeby wyczuć, czy ona je rozumie, czy jej nie krzywdzisz. Wyśmiewanie to takie pierdolnięcie humorem po ryju aż zapiecze. Jesteś głupi (albo głupia) jeśli wyśmiewasz.

18 października 2014

Usta - wersja jesienna

Jeśli nie wiesz czym poprawić sobie nastrój jesienią, kup pomadkę! Serio. Nic lepiej nie robi na mózg zmęczony mgłą, mżawką i spadającymi liśćmi, jak nowa pomadka.




Na jesień mam cztery  ulubione pomadki. I  buk mi świadkiem, noszę je dzielnie codziennie.

Pierwsza to ukochana Ruby Woo MACA. Dobra i droga pomadka. Piekielnie trwała, matowa i krwisto czerwona.  Lepsza fota i w ogóle trochę pisaniny o Ruby znajdziecie tutaj. Jeśli ktoś z was kiepsko czuje się w czerwonych pomadkach, polecam kupić coś zdecydowanie tańszego. Ja szukałabym czerwieni w Golden Rose w serii Velvet Matte :)

MAC Captive dostałam przedwczoraj prost z Londynu i mogę już ją wpisać w poczet najlepszych. Pani! Jaki to piękny, nieoczywisty, wielowymiarowy, jak mówią vlogerki, kolor! Palce lizać!

Tuż za nią macie ciemną śliwo-wisnio-czerwień Golden Rose Velvet Matt kolor 23. Kolor dla odważnych i przyzwyczajonych do ciemnych pomadek. Bardzo bardzo trwała szminka i, wbrew nazwie, wcale nie taka matowa. 

I ostatnia chyba najukochańsza z tej czwórki to Golden Rose Velvet Matt w odcieniu 02. Jest najjaśniejsza z ymmm prezentowanych ekhm tu pomadek. Ale na ustach ciemnieje. Chłodna do bólu. Nie sądzę, by ktoś o ciepłym typie urody wyglądał w niej inaczej niż trup. Ja na szczęście wyglądam gites.

Popatrzcie zresztom sami:




Taka tam nowa jakość na blogasku! KOLAŻE! Ha ha ha. Dajta się wyżyć domorosłemu grafikowi!

5 września 2014

Tłuste burgery

 Nie przepadam za burgerami. Ale co tam moje upodobania! Kiedy w grę wchodzą TŁUSTE burgery, nie można powiedzieć beznamiętnie: nie, dziękuję. Trzeba je zjeść!



Jeśli ktoś ma jeszcze wątpliwości, ostrzegam: TO NIE JEST przepis na burgery lajt. To jest przepis na tłusty, kaloryczny posiłek, po którym nie wolno biegać. Bieganie po spożyciu takiego burgera może spowodować zagładę świata. Planeta może zatrząść się w posadach. Trzeba spokojnie leżeć i czekać na zbawienie. I liczyć na dobre trawienie.

Oto, czego potrzebujecie, by poczuć się dobrze (przepis na 3 burgery)

około pół kilograma wołowiny zmielonej (swoją kupiłam w Biedronce)
pół cebuli
dwa ząbki czosnku
dwie łyżki musztardy
sól, pieprz i coś ostrego - na przykład szczypta papryczek jalapeno
jajko

sałata
pomidor
cebula

ogórek (konserwowy albo kiszony)
sosy: keczup, musztarda, majonez, albo gotowy sos do burgerów z Biedronki (dooobry!)
3 plasterki SERA tłustego :))

3 bułki

Do mięsa dodajecie pokrojoną drobno cebulę, czosnek i resztę składników. I mieszacie to łapeczką. Dzielicie na trzy części. Lepicie kulki a potem PLASK - i macie kształt burgerowych kotletów. Ja je grilluje, ale wyobrażam sobie jak cudnie smakują usmażone (więcej tłuszczy, chcemy więcej tłuszczu!!).

Bułki kroicie na pół i wrzucacie na chwilę do piekarnika. Można nie wrzucać, ale jak są cieplutkie, to są też milutkie:). Na każdą bułkę kładziecie: sałatę, sos, kotlet, ser, cebulę, pomidora i ogórki. Plus sos. Dużo sosu. A potem przykrywamy to wszystko drugą częścią bułki i ściskamy, tak, by sos się wylał.

Smacznego. Tyjcie zdrowo! Poleca: Tasia Kusk (tu i tu więcej rad Tasi) (a tu najpiękniejsza historia na blogu).

Bekstejdż w dresie:


I mój ogród :D Nie wiem, jak się nazywają te kwiatki, uprzedzam :)





28 sierpnia 2014

Jesień!!!

Zbliża się jedna z moich dwóch ulubionych pór roku :D Juhuuuuu!! Witaj, jesieni! Chodź szybciej, co się tak wleczesz!!



Obrazek może i bez sensu, ale jaki nastrojowy...


Z tej wspaniałej okazji znalazłam w guglach tag jesienny. Uwielbiam tagi. Oczywiście nie omieszkam nie wskazać paluszkiem i nie otagować 5 osób... Do napisania posta zmuszam: Kozowo, Czerwoną furię, Domatorkę, Rozalię, Agatę oraz Magdę. Oraz wszystkich, którzy mają ochotę odpowiedzieć na te głupkowate pytania. Wy też, drodzy komentatorzy!! Przysięgam na boga, czytam wasze komcie po kilkanaście razy, żeby nie uronić ani słowa, więc na bank przeczytam i wasze jesienne zwierzenia:)



Ulubiony produkt do ust na jesień?

Człowiek chciałby napisać, że jesienią uwielbia używać bordo szminy i kusić chłopów ponętnymi ustami w parku pełnym spadających liści, ale prawda jest taka, że w bordowych szminkach wyglądam jak kupa. Dlatego ulubionym jesienną szminką będzie jakiś nawilżający balsam do ust.


Ulubiony jesienny lakier do paznokci?

Czarny i bordowy. I cieszę się, że wreszcie z waszych blogasków znikną zdjęcia paznokci pomalowanych paskudnymi koralami i pastelkowymi pierdkami :D Hi hi hi.

Ulubiony jesienny napój?

Ciepła woda+imbir+cytryna+syrop z agawy! Od jesieni do wiosny wciągam nosem tę miksturę!

Ulubiony jesienny zapach/świeca/ perfumy?


Zapach palonych liści :D Dobrze, że mieszkam na wsi zabitej dechami, gdzie zwyczaj ten się ostał i często mogę sobie powdychać ten cudny zapaszek :)

Ulubiony szal, chusta etc?

A to ci zagwozdka. Mam miliardy szalików i innych takich. I nie mam ulubieńca.  

Ulubiona zmiana w przyrodzie?

Wreszcie nie ma upałów!!! :D Juhuuuuuuuuuu!

Ulubiony horror ,film o duchach, film na Halloween?

Nie lubię filmów o duchach, bo potem  boję iść do ubikacji. A jesienią lubię sobie wszystkie babskie dyrdymały w stylu Seksu w wielkim mieście. Cieszę się też na nowe sezony seriali :D


Ulubiony jesienny owoc/potrawa?

Grzyby!!! Kurki w śmietanie!!!


Za co przebrałabyś się na Halloween?

Wiadomka, że za gnijącą pannę młodą.

Co najbardziej lubisz w jesieni?

To że jest w końcu rześko :)

22 sierpnia 2014

Te rzeczy miały odmienić moje życie

Post na życzenie i pod patronatem! Niestety nie jest sposnorowany. A tak bardzo brakuje mi tego słowa na tym blogasku... Enyłej, dziękuję Ani za natchnienie oraz Agacie za przypomnienie. Oto 5 produktów, które miały odmienić moje życie. Ale nie odmieniły.


O tych rzeczach usłyszałam w jutubowych filmikach. Za niektórymi latałam, jakby były Bradem Pittem. Zamawiałam z dziwnych sklepów, wystosowywałam prośby do przyjaciół z zagranicy, raz nawet zboczyłam z trasy, by dojechać do pewnego miejsca i kupić pewną rzez. Raz się zapożyczyłam. Dramat człowieka, który pragnie dobrego, idealnego życia. Ma mu je dać...

1. Szczoteczka do mycia twarzy Shiseido (na zdjęciu)

Cena - 100 zł
Obietnica - doskonale oczyszczona skóra

Jak tylko usłyszałam od znanej jutuberki, że ta niepozorna szczota oczyści skórę jednocześnie: niezwykle delikatnie oraz niezwykle skutecznie, wiedziałam, że MUSZĘ to mieć. Można ją dostać jedynie w Sephorze albo w Douglasie. Rozpoczęłam poszukiwania. Każda krosta, która pojawiła mi się na twarzy w owym czasie wydawała mi się wielkości mojego łba. W dodatku świeciła na zielono i sprawiała, że wszyscy dookoła widzieli tylko ją. Tak było. Do zniszczenia tego wielkiego problemu potrzebowałam szczoteczki Shiseido. Rozpoczęłam pielgrzymkę po Sephorach. (Aaa po drodze miałam imieniny i wściekłam się na Pyska, ze się nie domyślił, że ją chcę!!). Jak na złość nie było jej NIGDZIE. W żadnej warszawskiej Seporze, w żadnym Douglasie. Mówię wam, krosty zaczęły już pokrywać całe moje ciało i byłam bliska depresji, a ciśnienie nie pozwalało mi spać. Pewnego dnia uznałam, że na pewno wszystkie eleganckie kobiety z miasta (bez krost) zaopatrzyły się w szczotkę i dlatego trzeba uderzyć w Sephory z mniejszych miejscowości, do których wiedza jeszcze nie dotarła (luzujcie, sama jestem ze wsi, w dodatku nieszczególnie oświecona informacjami z jutuba). Pojechałam więc do sklepu w miejscowości pod Warszawą. Zrobiłam dodatkowe 30 kilometrów. Pożyczyłam kasę od zdezorientowanego Pyska. Kupiłam szczotę i dostałam próbkę perfum gratis.

Po roku użytkowania: naprawdę, ta szczoteczka nie robi nic, czego nie zrobiłoby mydło do twarzy. Nawet jej się miło nie używa, ale stówka za miłe używanie? Leży obok rękawicy do masażu, która też miała odmienić moje życie. Obie spoczywają w kąciku wiecznego zapomnienia i jeszcze wieczniejszych wyrzutów sumienia.

Magiczne moce: krosty zniknęły gdy tylko kupiłam szczoteczkę, jeszcze przed pierwszym użyciem.

2. Białe kredki do oczu

cena: miliardy złotych, bo kupiłam ich setki
obietnica: wielkie oczy

Jak każda typowa posiadaczka małych oczu, zawsze chciałam patrzeć na świat oczami sarny. Wielkie ślipia były moim marzeniem i od zawsze uważałam, że moje wszystkie niepowodzenia życiowe są efektem zbyt małych oczu. Kiedy więc usłyszałam, jak Katosu mówi, że biała kredka powiększa oko, oraz pokazuje ten efekt na swoim oczku... Jeu, jezu, jestem uratowana!! Już wkrótce, jak tylko zdobędę białą kredkę, mój świat wreszcie będzie idealny. Nie będą się mnie imać żadne nieszczęścia. Wyruszam na poszukiwania BIAŁEJ KREDKI!

Po kilku latach: dlaczego to małe białe gówno nie zostaje na linii wodnej? Dlaczego nie trzyma się tam nawet sekundy? Dlaczego moje oczy są czerwone i przypominają raczej oczy wampira niż pięknej Anny Przybylskiej? Łaj oł łaj???

Magiczne moce: niby kosztują niewiele, a jednak w grupach potrafią doprowadzić do niezłych pustek w portfelu.

3. Redermic R

cena: ok. 80 zł
obietnica: życie bez krost i rozszerzonych naczynek

Ja nie wiem co jest z tymi krostami, ale powiem wam, że wbrew temu co piszę, mam cerę niemal BEZ krost, i jeśli mam być szczera, chyba nie problemy dermatologiczne są moimi najważniejszymi... :D ŻART!!
No więc kiedy usłyszałam, że istnieje coś takiego jak retinol dla osób z cerą naczynkową, wiedziałam że chcę to mieć i muszę to mieć i choćbym padła ze zmęczenia i zginęła w tej nierównej walce - będę miała Redermic R. W rzeczywistości wystarczyło iść do apteki i po prostu kupić.

O tym co działo się później: 1. 2 3. (2 i 3 najciekawsze)

Magiczne moce: umiejętność pogarszania wyglądu cery oraz dawania obietnic: jeszcze trochę, wytrzymaj, będzie lepiej.

Teraz będzie naprawdę zabawnie. Weźcie chusteczki do zbierania smarków.

4. Olej kokosowy do ssania (hue hue hue)

Cena: ok. 20 zł
Obietnica: białe zęby, piękna cera, brak toksyn w organizmie

Wiecie o co chodzi w ssaniu oleju? Tak myślałam. Macie tu filmik:



Żeby była jasność - nie neguję tej metody. Co więcej, podejrzewam nawet, że jest skuteczna. Pragnę tylko opowiedzieć o sobie i swoim słomianym zapale.

Więc zmusiłam siebie i Pyska do codziennego płukania jamy ustnej olejem kokosowym.  Robiliśmy to tydzień. Każde z nas chciało być twardsze od drugiego, więc kiedy złamałam się pierwsza i powiedziała: pierdolę, więcej tego nie zrobię!!, Pysk odetchnął z ulgą.  Ssanie (!!) oleju jest zajebiście nieprzyjemne. Odruchy wymiotne i niesmak w buzi to niewielka cząstka zła, które przeżywa  się płucząc usta olejem przez 15 minut. Ja żadnych efektów nie zauważyłam, ale też niby jak - po tygodniu używania?? Tak to jest jak się człowiek nudzi i wymyśla. I nie umie sobie poradzić z oczekiwaniami wobec samego siebie! :D

Magiczne moce: na oleju kokosowym smaży się przepyszne racuchy!

5. Wszystkie buty na wysokim obcasie

Cena: od 50 do 300 złotych
Obietnica: złożona sama sobie: będziesz wyglądać jak Monica Belluci

Miałam ich kilkanaście par. Za każdym razem ta sama śpiewka: potrzebujesz ich, będziesz wreszcie wyglądać jak kobieta, wysmuklisz nogi. TWOJE ŻYCIE SIĘ ZMIENI. No i zawsze ten sam efekt: idę jak chłop, nogi mam obtarte a serce aż wyrywa się do trampek.

Magiczne moce: wydaje mi się, że na moich nogach - brak. Ewentualnie mogłabym się postarać o rolę Charlie Chaplina.

20 sierpnia 2014

Cukier

Nie słodzę herbaty, kawy, w przepisach na ciasto zawsze odejmuję połowę zalecanej dawki. Nie piję słodzonych soków, a nawet wyrzekam się lukru (zeskrobuję nieelegancko z makowca). Cukier szkodzi! Bywam jednak ryzykantem i można mnie nakryć na kompulsywnym objadaniu się wielką bezą, której 99% stanowi cukier...

Czy te rozważania do czegoś prowadzą?



Oczywiście! Ten przydługi wstęp to zapowiedź o tjuningowaniu odżywki do włosów cukrem! :)

Na którymś z przeglądanych blogów znalazłam notatkę o dodawaniu cukru do odżywki do włosów. Tak zwyczajnie sypiecie czubatą łyżkę cukru na łapkę, potem mieszacie z odżywką i kładziecie na głowę. Najpierw delikatnie masujecie skórę głowy kryształkami cukru (jeśli jeszcze nigdy nie robiłyście pilingu skóry głowy, zazdroszczę wam dziewiczego "wow" po pierwszym razie).  A potem zostawiacie tę maskę z cukrem na jakiś czas na włosach (u mnie pół godziny).

Wzmocnienie maski cukrem daje właściwie jeden efekt, na którym zawsze najbardziej mi zależy - mięsiste włosy.

Jeśli obawiacie się, że cukier sklei wam włosy - porzućcie wątpliwości, nic takiego się nie dzieje.

Nie wypada tak kończyć posta, bez wyjaśnienia o co kaman i dlaczego nagle cukier ma działać cuda. A może jestem producentem cukru i w obliczu zagrożenia czarnym PR, który ostatnio idioci od zdrowej żywności robią wokół słodkiego białego proszku, chcę przepchnąć się z działki spożywczej do kosmetycznej? Well. Hu nołs.

Mnie możecie nie wierzyć, ale blogerce - mojej absolutnej guru włosowej Mysi - musicie!

Cytuję za jej blogiem :

O czym nie było?
O cukrach.

Okazuje się, że można zastosować pełne zasady unikania humektantów przy włosach wysokoporowatych, ale nie zawsze daje to idealne efekty. Włosy tracą objętość, odbicie, prężność, mimo, że wyglądają zdrowiej.

Znalazłam winowajcę. Jest to właśnie niedobór cukrów.

Glukoza łączy się dość trwale z keratyną we włosie, zapewniając nawilżenie i gładkość.

Aby nie przedobrzyć, zastosujmy docukrowanie 1x w tygodniu. Wystarczy. Będzie bezpiecznie, a efekt powie sam za siebie ;)


Także, biegusiem po cukier. I nie żałujcie sobie. Tym razem.

19 sierpnia 2014

Buty - jesień 2014

Wreszcie zbliża się moja ulubiona por roku!!! Kurtki! Wow! Botki! Wooww! Dżinsy! Woooooow! Jesień! Ihaaaaa!!

...


Tak, kalosze i przeciwdeszczowe kurciochy wypieram z podświadomości i nie uwzględniam ich w tym poście. Skupmy się na pozytywnej wizji świata.


Poszperałam trochę w sklepach obuwniczych (Pamiętacie, były kiedyś takie. A nie że Aldo czy Zara.). I znalazłam sobie małą wyprawkę na rozpoczęcie roku szkolnego.



Do rzeczy:

Zwierzątkowe Vagabondy



Wysokie na idealnym obcasie z jeszcze idealniejszym czubeczkiem (słodyczka). Jedyną niesłodyczką jest tu cena - ponad 700 zł. Vagabond.






I męskie Nike. Fajne, no nie?





A taką niespodziankę zostawiłam na koniec. Jestem w nich zakochana od kilku miesięcy. I kiedy znalazłam je w cenie, która mi odpowiada, zabrakło mojego rozmiaru. Pretty Nana





12 sierpnia 2014

Wake me up :)

Przez całe życie myślałam, że mojej i tak dość pyzatej buzi rozświetlacz nie jest do szczęścia potrzebny. Tłumaczyłam to sobie tak: to tak jakby brokatem usmarować księżyc. Stanie się miliard razy większy i jeszcze bardziej w pełni. Ale przecież musiałam, no musiałam przekonać się na własnej skórze.

Na początku chciałabym powiedzieć, że to chyba pierwsze słocze w historii bloga oraz pierwsze porównanie, w którym wygrywa znacznie tańszy produkt. Po serii tych wstydliwych wyznań, możemy przejść do rzeczy.

Pierwszy rozświetlacz to Wake me up Benefitu. Koszmarnie drogi (140 zł). Chyba mózg mi przegrzało, kiedy zdecydowałam się go kupić. Naprawdę, nie wiem co trzeba mieć we łbie, żeby kupić rozświetlacz za 140 złotych. A, wiem. Urodziny.



Zalety:
przepiękny, obłędny, luksusowy zapach
ładny kolor - opalizujący róż
fajne opakowanie i wygodna forma wykręcanego sztyftu

Wady:
cena!!!
to, że za taką cenę spodziewasz się cudu, a tu... takie nic nadzwyczajnego

Wake me up dobrze się rozprowadza, zostawia taflę, raczej bez drobinek. Trwałość jest ok, ale nie powala i przegrywa w tej kwestii z jego konkurentem, o którym niżej. Używanie go jest przyjemne, bo nie potrzebujemy żadnego pędzla, wklepujemy sobie go paluszkami:)

Ladycode by Bell to rozświetlacz kupiony w Biedronce za jakieś 6 złotych.



Zalety:
cena!!
trwałość - CAŁY dzień zostaje na pyszczku
bardzo jasny, zimny kolor beżowy, żadnych świńskich tonów:)
zero drobin
bardzo mocne rozjaśnienie - idealny pod oczy i w kąciki oczu

Wady:
strasznie się pyli
pudełko okropne, wygląda jak najtańszy puder nastolatki

A jeśli chodzi o efekty:

11 sierpnia 2014

Przegląd kurturarny

Przez ostatnie kilkanaście tygodni oddaje się czynnościom, które nie wymagają analizowania świata pod kątem: "gdzie jest szczęście?", "czy zło da się pokonać dobrem?" oraz "poszukiwanie istoty wyższej w kontekście ezoteryki wapiennej". Jednym słowem nie oglądam oraz nie czytam niczego ambitnego. Sprzątam, gotuję, gapię się w okno.



Z czytaniem mam tak, że nie mogę się wciągnąć w opisywane historie. Chyba to efekt książek Mai Lidii Kossakowskiej, która wymyśla i opisuje tak świetne historie i przygody, że wszystko inne blednie. Ale ile można czytać Kossakowską.

Myślałam, że "Morfina" Szczepana Twardocha będzie ideałem. Bo i pomysł na powieść świetny i styl, jakim została napisana, doskonały. Ale niestety jest w niej pewien zgrzyt. Główny bohater. Nie mogę go polubić, nie mogę się z nim zidentyfikować, co oznacza, że jego los mało mnie obchodzi. A to z kolei sprawia, że czytanie "Morfiny" idzie mi jak flaki z olejem.

O czym jest "Morfina"? Jej główny bohater Konstanty Willemann jest narkomanem uzależnionym od morfiny. Nałóg sprawia, że jest też łajdakiem i skurwysynem. Żyje w Warszawie w czasach po kampanii wrześniowej. Nie jest to jeden z tych "brązowych" Polaków, którzy pójdą w bój za ojczyznę.  Zrobi za to wszystko dla morfiny.

Teraz sięgnęłam po "Ości" Ignacego Karpowicza. Zachęciła mnie recenzja Macieja Sthura, w której zapewnia, że jest to powieść zabawna, że ho ho. No i znowu  dostałam kilku bohaterów, których polubić zupełnie nie mogę. Ale spokojnie, jestem na początku powieści. Więc może któryś z nich mnie zauroczy:) Poza tym momentami bywa naprawdę zabawnie.

Czy  ktoś może mi polecić książkę z ciekawymi historiami? Plis. I napisaną dobrym językiem.

Jeśli chodzi o filmy.... Nie obejrzałam nic. Za to wciągnęłam się w dwa seriale.

Pierwszy z nich to "The killing" (Dochodzenie). To serial kryminalny. Dość straszny (poziom strachu w skali od 1 do 10 - 6). Dzieje się na ulicach Seattle. I już samo to miasto nadaje mu wspaniałego klimatu. Dalej jest jeszcze lepiej. Dwoje tajemniczych detektywów. Bardzo tajemnicza sprawa morderstwa młodej dziewczyny. Niespodziewane zwroty akcji. Ale nie ma tu naciągania faktów, tak by jedynie zszokować widza. Drugi sezon jest gorszy od pierwszego, ale też równie wciągający. Poświęciłam cały weekend, by obejrzeć wszystkie odcinki. To jest rekomendacja, prawda?:)

Drugi serial to "The good wife". Historia żony prokuratora, któremu udowodniono seks z prostytutką. Są seks taśmy, jest wielka medialna afera. Koleś idzie do więzienia, a na placu boju zostaje Alicia - jego żona. Jest to serial z gatunku tych "mało się dzieje, a jednak...". Jeśli lubicie prawnicze klimaty i świetnie nakreślone postaci - dajcie mu szanse. Pod koniec pierwszego sezonu wychodzą na jaw pierwsze tajemnice:)

No i jeszcze coś niezwykłego jak dla mnie czyli muzyka. Nie jestem melomanem i nie znam się na muzyce, ale Dawid Podsiadło łazi za mną w dzień i w nocy:)

10 sierpnia 2014

Najprościej!

Wyniki dwumiesięcznych badań nad działaniem najprostszych rzeczy są następujące: kurwa, to działa!

Dwa miesiące temu podsłuchiwałam rozmowę kobiet w tramwaju. Wyglądała mniej więcej tak: - Nienawidzę swojego ciała! No zobacz, Marysiu, jaką mam suchą skórę na udach, zobacz jaką szorstką, spójrz na ten cellulit. Jak ty to robisz, że twoja jest taka piękna?

Pół autobusu i ja obejrzeliśmy się, żeby zobaczyć uda Marysi. Już chciałam zakpić, już spojrzeć z pogardą... Jednak po szybkim rzuceniu okiem na marysine uda, wytężyłam słuch na maksa. Bo jej uda to był cud natury! Dzizas! Mów, Marysiu, co ty na nie kładziesz! Raz, dwa, bo muszę wysiadać na tym przystanku. Ale wiesz, właściwie mogę pojechać z tobą dalej, jeśli zdradzisz swój sekrecik. Plis. Mów. Co to jest? Ile kosztuje? Gdzie to kupić? Śluz ze ślimaka? Błoto z Morza Martwego? Gówno słowika?

Marysia rozejrzała się po autobusie i wszystkim kobietom oraz mężczyznom powiedziała:

- Smaruję ciało balsamem dwa razy dziennie.

Łooooooooo. Ale jakim?? Jakim, Marysiu?

- Jakimkolwiek - rzuciła od niechcenia Marysia.

Tej nocy długo nie mogłam zasnąć. Myślałam o udach Marysi. Policzyłam wszystkie balsamy, które mam w domu. Było ich tyle, że byłam pewna, że starczy mi ich na dwa lata używania. Postanowiłam jednak, że dam swoim udom oraz Marysi dwa miesiące.

Problem: sucha, niejędrna skóra wszędzie
Produkt: balsam dwa razy dziennie
Cel: nawilżona, gładka, jędrna skóra
Wspomagacze: szorstka gąbka albo piling z kawy (fusy z kawy mieszacie z żelem pod prysznic) i bieganie


Efekty:
- wykorzystanie wszystkich balsamów, które miałam w domu (jednak nie są tak wydajne, jak się wydaje, gdy używa się ich raz na ruski rok)
- wzmożone macanie swoich własnych ud
- kilkukrotne powtarzanie w ciągu dnia: fuck, jakie mam gładkie uda!!
- nawilżenie całego ciała (bo przecież nie smarowałam jedynie ud)
- chodzenie w szortach po mieście (brawo, w wieku 30 lat wylazłam w szortach na miasto)

Dziewczyny, łapcie za balsamy i zużywajcie je! Wiem, ile tego zalega u was na półkach. Raz dwa!! Zróbcie sobie gładkie uda w dwa miesiące:) Nie zapominajcie o pilingowaniu i odrobinie ruchu:) Jest połowa sierpnia, więc jeśli dzisiaj zaczniecie, w połowie października będziecie ściągać dzinsy, żeby macać się po udach:) Kto ze mną?:)

9 sierpnia 2014

Fejk. Czyli samoopalacze

Odkąd odkryłam dwa cudowne samoopalacze, mogę wreszcie poczuć się jak rasowa lampucera! Spalona słońcem! Miła odmiana po latach pełnych pytań: "a coś ty taka blada, anemia?". Także Panie i Panowie, poznajcie moich nowych przyjaciół, dzięki którym świat i moja blada skóra nabrali kolorów!

Na twarz!

Na twarz nakładam samoopalacz Clarins.To taka lekka emulsja, że ciężko uwierzyć, że jest w stanie coś zrobić. A jednak.

Plusy
- bardzo delikatna, idealna dla bladych cer
- nie śmierdzi, serio nie śmierdzi. Nic a nic!!
- nadaje delikatny, brzoskwiniowy kolor, zero pomarańczy
- niesamowicie wydajny

Minusy
- drogi (około 100 zł)

Na ciało!

Lavera Organic! Absolutny HIT!!!

Plusy
- opala na piękny odcień brązu
- nie jest za delikatny, nie jest za mocny
- nawilża skórę!!!!
- cudownie pachnie, zero smrodu samoopalacza
- łatwy w aplikacji
- cena - ok. 40 zł

Minusy
-
-
-
- yyyyy
- brak!

Kupujta ludziska i róbcie się na mahoń! Cellulit jest mniej widoczny! Ha ha ha:)

13 lipca 2014

Paznokcie - wersja mini

Spoko, wiem, że dla niektórych to wersja maksi, ale musicie zrozumieć, że jeszcze kilka miesięcy temu miałam 50 lakierów do paznokci. Przyszedł jednak sądny dzień, bóg lakierów zszedł na ziemię i zdecydowana większość wybyła. Dzięki tej selekcji została mi jednie garsteczka lakierów i kilka produktów, z którymi byłoby mi trudno się rozstać.


1. Po pierwsze kolory: czerwony, czarny, różowy i pastelowy fiolecik - wystarczy! Muszę przyznać, że lakiery essie wyróżniają się na tle innych i na moich paznokciach trwają zdecydowanie dłużej. Poza tym mają szeroki pędzelek i piękne kolory. Czy są to powody by płacić za nie jak za zboże (35 złotych huuhuhu). NIE. Ale jak jest promo - można sobie pozwolić. Różowy Golden Rose jest też wspaniały, chociaż utrzymuje się zdecydowanie krócej. No ale kosztuje pięć razy mniej - 7 złotych. Także ten. Wybór należy do was:)




2. Usuwacz skórek Sally Hansen. To jest hicior!! Super zmiękcza skorki. Nakłada się go wokół paznokcia i odsuwa patyczkiem co trzeba. Operacja przebiega bezproblemowo. W minutkę można doprowadzić paznokcie do takiego stanu, że z palcem w dupie wygrają konkurs na miss paznokcia. Na bank.



Trzeci hit to odżywka Nail Tek, której używam jako bazy. Mam z natury mocne paznokcie, więc nie wiem, jak sprawdzi się na delikatnych. U mnie działa ok. Obok stoi wysuszacz i serio, nie wiem jak można bez niego żyć. Wolałabym chyba w ogóle nie malować paznokci, niż malować bez tego gadżetu. W pół minuty pazury są suche. Można iść sikać, dłubać w uchu albo znowu zacząć się obżerać po przerwie na malowanie. Niech żyje nam! Ten tu to akurat Poshe, ale równie dobre są Seche Vite, Essie Good to Go albo Sally Hansen (w czerwonej buteleczce).



I 4 - ostatni hitek. Zmywacz do paznokci Maybelline Express Remower. Wsadzasz palec do pojemniczka. Trzymasz chwilę. Wyjmujesz. Jest czysty. Zero smrodu. Zero uwalonych wacików. Zero miliarda wacików. Zero sterty wacików. Zero wacików. W ogóle nie potrzebujesz wacików! Waciki to moja zmora. W środku tego pojemniczka jest gąbka nasączona zmywaczem. Działa niesamowicie, bo nieważne, że wczoraj zmywałaś czerwony lakier, a dzisiaj ledwo mleczny. Nie ma żadnych śladów. Taki higieniczny gadżecik. I akurat jest w promo w Rossmanie.

12 lipca 2014

Collistar Infinito

Nie jestem mistrzynią robienia sefli, bo moja twarz tak fotografowana przypomina ziemniaka z wielkim nosem. A przecież w rzeczywistości wygląda zupełnie inaczej:)) Stąd też nie będzie fot moich rzęs, bo nie umiem takowych zrobić. Nie wiem co jest nie tak: mam brzydkie oczy? Brzydki nos? Brzydką cerę? Jestem doskonale brzydka? W każdym razie fotografowanie rzęs mi nie służy.




Chciałam mieć zdjęcie oczu, żeby pokazać wam WOW efekt, który robi moje nowe odkrycie: tusz Collistar Infinito. Wcześniej używałam Clinique Lash Power, ale daje on bardzo delikatny efekt i szczerze mówiąc zapomniałam już jakie WOW może zrobić tusz.

Z chęcią kupowałabym tańsze tusze, ale moje oczy są bardzo wrażliwe, łzawią i jeśli tusz nie ma trwałej formuły - mam efekt pandy. Co to jest trwała formuła? Nie chodzi o wododporność, bo akurat takich produktów nie lubię. Chodzi o właściwości, dzięki którym tuszu nie ruszą takie rzeczy jak: łzy, deszcz, pot. Zmyje go jednak ciepła woda.

I Clinique Lash Power i Collistar Infinito mają takie formuły. Collistar jest jednak zdecydowanie bardziej czarny i mocniej pogrubia oraz wydłuża rzęsy. Kiedy pomalowałam się nim pierwszy raz trzy osoby zapytały mnie: "Co do kurwy masz na rzęsach? Co tak piękne, że nie mogę się napatrzeć". :))

Tusz utrzymuje się NA rzęsach (nie pod nimi) cały dzień, czyli ok 12-14 godzin (dłużej nie próbowałam). Nie osypuje się, nie odbija. Ma nieco mokrą konsystencję i silikonową szczotkę z ząbkami (??) o dwóch różnych długościach. Na czym polega ich magia - nie mam pojęcia. Nie skleja rzęs, nie robi pajęczych nóżek. Wszsytko jest z nim w porządku. Chłopak na medal.



Minusem obydwu tuszy jest cena. Collistar kosztuje ok. 70 złotych, Clinique - ok. 100 zł. Ja jednak proponuję szukać na allegro próbek. Są to bardzo duże próbki, a właściwie miniaturki, a kosztują ok. 20 złotych:)

11 lipca 2014

Tomasz Jacyków o elegancji i obciachu

Z Jacykowem problem jest taki, że nie ma problemu. Niemalże tak jak ze mną:) Chcesz powiedzieć o nim "ciota"? Proszę bardzo, on sam chętnie ponabija się ze swojego homoseksualizmu. Chcesz mu zarzucić, że jest pajacem? Przybije ci piątkę i doda, że rzeczywiście nadaje się do cyrku. Niektórym trudno znieść Jacykowa, bo pokonuje ich jego dystans. Trudno zawstydzić czy urazić kogoś, kto ma do siebie dystans.



Sięgnęłam po książkę "O elegancji i obciachu Polek" w dniu jakiegoś apokaliptycznego humoru. Wszystko się wali, nic nie smakuje tak jak powinno, sukienki są za ciasne, makijaż spływa z buzi, a ty musisz przez godzinę szwędać się po centrum handlowym, bo czekasz na... Aaaa, długa historia złego dnia chyba nie musi was interesować. W każdym razie weszłam do empiku, połaziłam chwilę i już miałam kupić książkę kucharską Nigelli, by dotuczyć się na ament, gdy zobaczyłam białą okładkę książki Tomasza Jacykowa. Od zawsze go lubiłam, więc sięgnęłam po książkę. Przeczytałam kilka zdań i byłam kupiona. No nie mówcie, że oprzecie się takiej pisaninie:

"No i mamy też po prostu wielkie dupy jak stodoły. Na przykład moja. No niestety mam bardzo słowiańską budowę, czyli tzw. przyciężki dół. Ogrywam go jak mogę, niemniej on pozostaje cały czas przyciężki. Bardzo jest ciężki. Mam takie udziska i łydki i wszystko, że daj Boże zdrowie".
Biorę - wrzasnęłam. Wrzasnęłam wewnętrznie, rzecz jasna. I tak stałam się posiadaczką jedenej z najbardziej zabawnych książek, jakie kiedykolwiek czytałam. Zanim jednak wy po nią sięgniecie, odpowiedzcie sobie na kilka pytań, bo może wasze oczucie humoru i oczekiwania wobec lektury są zupełnie inne:)

1. Czy Jacków nabija się z grubych dziewczyn?

Jeśli masz nadwagę, rozmiar większy niż 46, Jacyków twierdzi, że "puściłaś wiosła", nie dbasz o siebie i się obżerasz. Oczywiście, że to głupie i bezsensowne, ale warto to wiedzieć, zanim sięgnięcie po książkę. Jego uwagi nie są jednak niegrzeczne, raczej rzucone jak do dobrej koleżanki. Wystarczy odrobina dystansu, by przejść nad nimi do porządku dziennego i dalej rozkoszować się smaczkami z książki.

PS Jacyków podpowiada w książce jak powinny się ubierać większe dziewczyny, a jego wskazówki są według mnie bardzo trafne.

2. Czy Jacyków proponuje ubieranie się tak jak on? Czyli dziwnie.

Nie! Zaskoczyło mnie to, jaki jest powściągliwy w tych swoich radach. Więcej znajdą tu dla siebie miłośniczki klasyki, niż fanki jakiegoś fristajlu. Sporo pisze o dreskodach, o tym jak się ubrać na koktajl, jak na pogrzeb oraz jak do kościoła. Bardzo podobają mi się jego rady o metamorfozach ciuchów. Na przykład historia urzędniczki, która zakłada do pracy ołówkową spódnicę i koszulę zapiętą pod szyję. Wtedy wygląda jak urzędniczka. Ale kiedy po pracy idzie na imprezę, rozpina guziki koszuli, maluje usta na czerwono i jej wizerunek znacznie się zmienia.

3. Czy Jacyków pomoże MI się ubrać?

I tak i nie. Jego wskazówki są raczej ogólne. Nie ma tu rozpisek, co powinna zakładać na siebie kobieta o figurze gruszki, a jaki sweterek powinna nosić klepsydra. Jest za to wiele swojskich, powiedzianych prosto z mostu, bezpośrednio i bez jakiegokolwiek nadęcia rad, które sprawiają, że zaczynamy bardziej serio myśleć o ciuchach, o tym jak wyglądamy, co komunikujemy swoim ubiorem, że szacunek dla siebie samego objawia się też dbanie o siebie.

4. Czy Jacyków napisał książkę dla ludzi, którzy w dupie mają ubrania?

Tak! Jest tu tyle ciekawych obserwacji, również socjologiczny (płytkich, ale swojskich, takie trochę plotkowanie), że może być ciekawa również dla tych, którzy o ubraniach nie myślą, albo myślą jedynie w kategorii: muszę zasłonić ciało.

"Mamy np. młodą kobietę, która właśnie umyła po plaży włosy i pospiesznie lokówką zakręciła sobie fale niczym syrena – świetnie. Do tego zrobiła makijaż, postawiła rzęsę na baczność, błyszczykiem perłowym przejechała usta, żeby podkreślić opaleniznę, ręcznikiem przetarła tipsy, włożyła fluoroscencyjną górę od bikini, do tego białą, prawie przezroczystą sukienkę i złote szpilki, małą torebkę figlarnie zarzuciła na ramię… tak ona wygląda, i to jest rzecz wyłącznie gustu.Ale bez względu na gusta ona jest wyrychtowana. Ma zrobioną rzęsę, jest na wysokim obcasie, tips przetarty i lok zakręcony. I idzie on – też wyrychtowany. Ponieważ obcasy modne wysokie, jest mniej więcej 4 cm niższy od niej. Mają dwoje dzieci, tylko ona po pierwszej ciąży natychmiast weszła w swoje dżinsy, a jemu 15 kilo zostało. Po drugiej ciąży ona też świetnie doszła do siebie, jemu zostało następne 15 kilo. Cały czas jest samcem. Ona jest wyrychtowana, a on samiec. No i ona go szturcha: „Weź ubierz się jakoś ładnie, zobacz jak ja wyglądam”. To on mówi: „Muszę się ubrać ładnie”. Więc co robimy? Zakładamy koszulkę polo, ale że jesteśmy na wakacjach, to żeby dodać sobie animuszu, należy najlepiej w polo postawić kołnierzyk. No i do tego zakładamy czyste szorty basenowe. No i ponieważ są wakacje, pozwalamy sobie na ekstrawagancję – są w palmy. To nic, że są to spodenki surferskie, które zwykle noszą młodzi, smukli jegomoście na deskach. Ale podobały się, to są – do różowego polo z postawionym kołnierzykiem wyglądają idealnie. I to kopyto jest jakieś duże, z czarnym pazurem, pięta też coś tam – głupio jakoś włożyć ją w klapek basenowy. To myśli sobie: „A, włożę sobie w białą skarpetę, żeby iedzieli, że higieniczny jestem i się myłem”. No i jedziemy: biała skarpetka, klapek basenowy i że on jest dżentelmenem i ją kocha, to ona mówi: „To wiesz, będę władcza teraz, bo tak się ładnie ubrałeś, to nieś mi torebkę”. I niesie jej torebkę. To widok, który oszałamia, zniewala. A mnie wprowadza w osłupienie. Ja osobiście, żeby nie gadać czczo, w takich sytuacjach doradzałbym tym panom, żeby oddawali swoim kobietom cześć jakoś inaczej niż nosząc ich torebki, bo ja przy całym swoim pedalstwie jakbym miał nieść kobiecie torebkę, to wolałbym dać sobie rękę odrąbać".

5. Czy Jacyków daje gotowe recepty na to jak dobrze wyglądać?

Tak! J
acyków mówi o podstawach, które według mnie każdy powienien znać. Jaki dekolt do dużego biustu, dlaczego biodrówki są złe, jak nosić przezroczyste bluzki. Wszystko ładnie wyjaśnione oraz okraszone anegdotami.

6. Czy Jacyków dużo pisze o sobie?

Tak, wszędzie są wtrącenia dotyczące autora. Z dystansem i humorem opisuje swoją figurę, pisze o swoim dzieciństwie  (bez obaw, nie przynudza), mówi co sądzi o dziwkach, o celebrytach (bez nazwisk), o taniej modzie etc. Tak, jest to książka absolutnie subiektywna.

7. Czy Jacyków zna się na rzeczy?

Nie dam se ręki uciąć, ale według mnie się zna.

"A tutaj pani założyła legins do pół łydki... a dlaczego ona założyła ten legins do pół łydki? Nie wiadomo. Założyła też tunikę. I gdyby ta pani zaciągnęła sobie legins na obcas, czyli włożyła go sobie pod piętę, ta króciutka nóżka zyskałaby przynajmniej 25 cm. Ponieważ jednak ma ten legins do pół łydki, cała nóżka ma 25 cm. Najpierw skróciła się niefortunną długością tuniki, bo to jest długość tak naprawdę sukienki mini, a nie tuniki. Bo gdyby ona chciała mieć tunikę, to ona powinna się kończyć tuż za uśmiechem... i wtedy ten długi legins i mogłaby sobie podciągnąć sylwetkę. I to jest kwestia właśnie braku świadomości. Ona nie wie o tym. Ona myśli: „Se założę leginsy, no to nie będę święciła gołą nogą”. To nieporozumienie jest skutkiem braku świadomości, braku widzenia siebie w lustrze, nieprzywiązywania wagi do wyglądu. Bo można sobie kupić leginsy o rozmiar większe i założyć je na piętę, i można tunikę skrócić albo użyć paska i ją zbluzować. I buty zamienić na
może troszkę mniej wygodne, ale bardziej seksowne".



Ludzie z dystansem, bierzcie i czytajcie to wszyscy!:))



9 lipca 2014

TA koszula

Z okazji Dnia Dziecka od ukochanego po wsze czasy Ojca dostałam pare groszy. - Weź dziecko - powiedział. - Ubierz się jakoś, bo w tych podartych spodniach ciągle chodzisz. - Oczywiście, Ojcze - odpowiedziałam. - Już biegnę kupić nową garsonkę! :D I w taki oto sposób nabyłam koszulę, do której śliniłam się od roku! A to oznacza, że jest to miłość prawdziwa, a nie jednorazowe bzykanie w krzakach.



O zaletach: świetny materiał, który daje uczucie chłody w upalne dni, gniecie się tylko w naturalny sposób, tak że jak wyjdę z samochodu nie jestem jedną wielką gniecioną bryłą a jedynie gładką bryłą z kilkoma zagnieceniami. Wiecie o co mi chodzi. Jest niebieska, a to mój ukochany kolor. Na szwach ma delikatne odbarwienia i to też jest mega. Pewnie to sentyment do lat 90. Pamiętacie koszulki, które odbarwiało się ACE? Heh, ja nadal jestem ich wielką fanką.  Jest szeroka, ale nie za duża. Nie lubię obcisłych ubrań, choć podobno wyglądam w nich lepiej niż w oversizach, ale kto by się przejmował wyglądem... :D Poza tym jest długa, a to dla mnie więcej niż zaleta. Nic mnie tak nie wkurwia jak krótkie bluzki. Tym, którzy podejrzewają... Tak, macie racje, chodzi o to, że nie znoszę jak mi się tłuszcz z boczków wylewa:)




Nie ma wad! Owszem, wolałabym żeby kosztowała mniej, ale to wszystko.

PS jest to mój pierwszy zakup w nowym  projekcie (który ma szanse upaść tak szybko jak powstał) "kupuj rozsądnie". Koniec z przypadkowością, koniec z szajsem, koniec z nieodpowiedzialnym konsumpcjonizmem! :D

Koszula: Bynamysakke - sklep z Złotych Tarasach

8 lipca 2014

Dior Addict

Jaram się jak zawsze, kiedy ktoś uszczęśliwi mnie zupełnie zbędnym gadżetem. Dostałam błyszczyk Diora i mało nie posikałam się ze szczęścia, bo sama raczej nie wydaję ponad 100 złotych na takie dyrdymały. Ale wiadomo, że marzę o nich nocami. Za dnia wybieram jednak chleb, masło i mleko, żeby do kawy było. Oraz słodycze. I tony zbędnych odżywek do włosów. Oraz dziesiątki tanich pomadek. A no i jeszcze nowe buty.



No i powiem wam szczerze, że jak na Diora, to dupy nie urywa (prócz tego, że wow mam Diora :D:D:D). Owszem wszystko pięknie, i kolor i konsystencja (lepka, lubię lepkie), i opakowanie i gąbeczka... Ale cudów nie ma. Mejbeliny podobne. Ściera się tak jak te drogeryjne i zostawia kolorowe obwódki wokół ust. Smak ma w porządku, zapach też.

Na moich ustach wygląda tak (a niech mi ktoś się każe golić, to naprawdę...:D):



W swojej kolekcji luksusów mam też szminkę Channel i ona naprawdę jest fajna. Widać różnicę między nią a drogeryjnymi pomadkami. I choć uważam, że 150 złotych za szminkę to trochę przesada, to przynajmniej jest w niej coś co ją wyróżnia (na przykład trwałość). AMENT.

17 czerwca 2014

Wiosna, panie sierżancie...

Heloł. Wiosna 2014 jest jak każda inna. Obfituje w moje urodziny oraz w coraz to nowe problemy. Ale żeby nie zawracać sobie nimi głowy, pomyślmy o tym, co daje szczęście, gdy na dworze słońce, ptaszki ćwierkają, ludzie się uśmiechają, a Chodakowska bije rekordy w wyciskaniu pompek na Narodowym.

1. Dżinsowa katana

Nie ma lepszej rzeczy niż dżinsowa kurtka z podwiniętymi rękawami założona do wiosennej sukienki. Owszem, ostatnio założyłam ją do dżinsów i prawdopodobnie wygladałam jak człowiek-dżins, ale zwykle wrzucam na grzbiet, gdy mam na sobie sukienkę, albo długą spódnicę (bo do krótkiej mi nie pasuje, lol).


2. Różowy lakier do paznokci

Bo czerwony i czarny ni chuja nie pasują mi do wiosny. Więc... Różowy! Ten to akurat Golden Rose 09. Superancki jest. Jedna warstwa kryje jak trzeba. Z lakierem nawierzchniowym trzyma się u mnie 6 dni. No i kosztuje 7 złotych a nie 35 - jak Essie, który, jak dla mnie, jest identyczny pod względem jakościowym.


3. Grill (biedak nie załapał się na fotę:( )

Ale taki elektryczny. No prześwietna sprawa. Zrobienie obiadu zajmuje ok. 15 minut. Wkładam tam rybę, dodaję pokrojoną paprykę, pieczarki i voila!! Mam obiad. Albo tak: bułka plus żółty ser plus boczek. Na grilla. Posypujemy szczypiorkiem. 10 minut. O kaloryczności nie wspominam, bo pewnie jakbym grillowała pierś z kurczaka, to miałoby to jakiś sens.

4. Krem BB

Ma dwie poważne zalety: filtr i czyni buzię gładką. Niestety nie kryje jakoś prześwietnie. Ale na wiosnę odpowiada mi bardziej niż podkład. Moja uwaga jest tylko taka, że BB to nie jest krem tonujący (czyli coś co udaje krem BB). Czyli wszystkie Nivea, Garniery i Bielendy nie mają nic wspólnego z oryginalnymi kremami BB. Ja używam Holika Holika i jestem bardziej niż zadowolona.  Podobno jest to jeden z najsilniej kryjących kremów BB, ale zanim zamówicie jakikolwiek, proponuję kupić próbki. To dziwne produkty i lepiej je wypróbować, zanim zainwestuje się w wielką tubę (Po co ma stać i gapić się na nas z wyrzutem. Jak tysiące innych kosmetyków w łazience...)

5. Samoopalacz Clarins

Mały, drogi geniusz! Po kilku dniach używania już wiem, dlaczego wydałam na niego całą kartę podarunkową Sephora (mersi!!). Opalenizna jest bardzo naturalna i wygląda dobrze na mojej bladej różowawej cerze. Nawet Pysk, na którego wysokości wzroku jest zwykle dekolt (wyższy jest, jakoś mu się tak dzieje po prostu...), zwrócił się do mnie tymi słowami: "wow, ale się pięknie opaliłaś na twarzy. Śmiesznie to wygląda z tymi białymi nogami. Haha.". Ha. Ha. Ha. No więc nie pozostało mi nic innego jak dokupić samoopalacz do ciała.

UWAGA! SUPLEMENT DIETY:

Są pewne gadżey, które powinny być idealne wiosną. A nie są. Bo ciepło odbiera resztki energii, którą i tak już spożytkowałaś na: grillowanie, nakładnie kremów i inne pierdolety. Ogłaszam, że gadżety fajne, ale wymagąjce zbyt wiele aktywności, by ich użyć to:

1. Woda termalna

Zajebista sprawa, ale jakoś ciągle nie mam czasu by użyć jej regularnie. Od czasu do czasu jej używam, efekt jest fajny. Powinnam częściej. Ale wiosna jest zbyt wymagająca.

2. Podkład do ciała

Powinnam używać do nóg. Fajnie wygląda, poprawia kolor, maskuje siniaki, sprawia, że nogi wyglądają lepiej. Ale... No nie mam czasu rano. A po południu to już bez sensu.

3. Błyszczyki

Niby świetne na wiosnę, lekkie takie, delikatne. Ale ten cholerny wiosenny wiatr sprawia, że moje usta są oblepione włosami. Not gud. A poza tym mi się nie chce.

4. Truskawki

Ok, są spoko, podobno niskokaloryczne, podobno gaszą pragnienie. No ale żeby się tym obiadać.. Nie. Czekam na maliny. Truskawki przerabiam na mleczne szejki. Wyłącznie.

5. Zdrowe odżywianie

Ta cała gadka o warzywach i owocach, co to wiosną wyrastają na potęgę. Ja wiosną mam ochotę na mięso. Poza tym nie ufam tym całym rzodkiewkom, które nie mają smaku, ani ogórkom, które śmierdzą chemią. Nie lecę na nowalijki!:)

15 czerwca 2014

Oleje - fakty i mity

Nie, nie nawilżają, tak, są odpowiednie dla tłustych cer. Mogą wysuszyć cerę, mogą powodować wysyp krost. Na temat olei krąży tyle informacje, że poczułam potrzebę interwencji. Internetowy świat musi natychmiast przestać oczerniać tłustych przyjaciół. Wybiła GODZINA PRAWDY!



1. Oleje nie nawilżają.

Utrzymują nawilżenie, ale same w sobie nie nawilżają. Najlepiej więc używać olei z kwasem hialuronowym albo kremem nawilżającym. Po prostu zmieszać obie substancje i nałożyć na twarz. Kwa nawilży a olej zabezpieczy przed utratą nawilżenia.

2. Oleje są dobre dla tłustych cer.

Posiadaczki tłustej cery mogą używać olei. I na bank sobie nie zaszkodzą. Nie będę się bawić w dermatologa ani specjalistę, ale często tłusta cera to efekt tego, że tak naprawdę jest przesuszona. Więc wspomaganie nawilżania jest wskazane.

3. Potrzebujesz niewiele oleju, naprawdę kropelki.

Nie nakładaj oleju tak, żeby ściekał. Czy to z twarzy czy z włosów. Moje włosy do łopatek potrzebują jedynie połowy łyżki oleju. Serio, wystarcza. Trzeba po prostu dobrze wmasować olej we włosy.

4. Olej może myć.

Pewnie te z was, które nie znają metody OCM, mogą być zaskoczone. Ale tak, olejem zmyjesz cały syf z buzi i nie tylko. Trzeba tylko zrobić mieszankę dowolnego oleju (co tam macie! Może być chociażby oliwa z oliwek) i oleju rycynowego. Trzeba uważać z tym ostatnim, bo bardzo dobrze czyści i może wysuszyć skórę. Zacznijcie od proporcji 10% rycynowego, 90% innego oleju. Jak będzie za słaba, można dolać więcej rycynowego. Ja swoją mieszanką zmywam cały makijaż (łącznie z kremem BB i tuszem do rzęs). Zwilżam twarz, masuję mieszanką olejową i  zmywam ściereczką z mokrofibry (taką do ścierania kurzy) albo mydłem. Co to mi daje? Mam świetnie oczyszczoną twarz. Nie czuję w ogóle ściągnięcia. Skóra jest miękka w dotyku, nieprzesuszona. Wyrównał się też jej koloryt.

5. Oleje inaczej

To jest punkt, który nie jest uzasadniony żadnym innym doświadczeniem, TYLKO i wyłącznie moim. Otóż wg mnie oleje nie nadają się do stosowania na skórki wokół paznokci. Próbowałam. Zostawia tłustą warstwę na łapkach, co oczywiście uniemożliwia jakąkolwiek pracę. Nie nawilża, nie pomaga, po prostu nie ma właściwości, które działałyby na MOJE skórki :)

Moje ukochane oleje to arganowy i tamanu. O arganowym na pewno słyszałyście, bardziej tajemniczy jest tamanu. To taki mistrz likwidowania krost wszelakich. Czy to pryszcz czy jakieś gówno pod skórą. Likwiduje. Likwiduje w jedną noc! Reszta też mi pasuje. Ze słodkich migdałów, konopny, linianki siewnej... Nakładam je na noc. Na buzię, na szyję, na dekolt. Odkąd to robię, mam zdecydowanie mniej problemów z cerą, które pojawiły mi się zresztą po kuracji Redermic R.

14 czerwca 2014

Droga kobieto przed trzydziestką

W maju obchodziłam swoje 30. urodziny. Żaden tam przełom, żadna tragedia, żadne: "wow, jaka jestem stara". Chyba wyrosłam z bezsensownego pieprzenia i roztkliwiania się nad zmarszczkami. Których zresztą nie mam. No dobra. Jedną czy dwie.



Drogie kobiety przed 30! Nic się nie zmieni w dniu waszych urodzin. Nie będzie historycznego przełomu. A świat nawet na chwilę się nie zatrzyma z powodu waszych okrągłych urodzin. Wyluzujcie, przestańcie gadać o zbliżających się menopauzach, zmarszczkach pod oczami i spowolnionym metabolizmie.

Swoje 30. urodziny planowałam. I planowałam. I planowałam. Z planów nie wyszło dosłownie nic. Każdy punkt odpadał jak jakiś popieprzony jesienny liść. Nie miałam tortu z 30 świeczkami, nie pojechałam nad morze,  by na plaży napić się za moje zdrowie. Nie kupiłam sobie najkrótszej sukienki ewer (pojechałam do sklepu, ale zapomniałam portfela :D). Nie zrobiłam sobie nawet makijażu. Szczerze mówiąc wszystko składało się na to, by przyznać, że moje 30 urodziny będą do dupy.

Aż w końcu nadszedł ten dzień. Obudził mnie telefon od rodziców, pocałunek ukochanego, przytulenie brata. Przez cały dzień działo się coś dobrego. Łącznie z tym, że w ostatniej sekundzie uniknęłam zderzenia czołowego:). Do późna w nocy imprezowali ze mną moi przyjaciele. Przy malutkim stoliku nakrytym zastawą złożoną z papierowych talerzyków. Było cudownie.

Kilkanaście dni później usiadłam z papierosem na tarasie (scena filmowa :D) i uświadomiłam sobie, że nie jestem już dzieckiem. Nie jestem już tchórzliwa, nieśmiała i nie wierzę w bajki, cenię gesty a nie słowa, zdałam sobie sprawę, że nie wszyscy chcą być moimi przyjaciółmi (o naiwności!!). Fajnie! To mi przeszkadzało w dzieciństwie. Są też inne, wyczerpujące strony mojej dorosłości: nie umiem z dziecięcą beztroską przechodzić obok problemów, nie umiem, jak nastolatka, olać tego czy tamtego. Każde zdarzenie zostawia ranę, która nie tak łatwo się goi (Wreszcie!!! Bo gdyby te rany, które się w ciągu kilku minut zabliźniły, były widoczne, mogłabym robić za zombie!).

W każdym razie spełniło się moje  marzenie z dzieciństwa!:) Jestem dorosła! Już. :)

PS polecam bardzo fajny tekst OLGI o tym, co się zmienia przed 30.

2 czerwca 2014

Filmowe metamorfozy

Jako dzieciak uwielbiałam oglądać sceny filmowe, w których kobieta malowała usta czerwoną szminką i przechodziła spektakularną metamorfozę. Z szarej myszki w seksowna kobietę. Z głupiej cipki w pewną siebie kobietę, z kujonki w najpopularniejszą dziewczynę w szkole. Pamiętam, że zetknięcie ust ze szminką było dla mnie tak urzekające, że do tej pory wierzę w moc tego prostego zabiegu.

Przeżyjmy to jeszcze raz kochani. Zobaczmy spektakularne przemiany w kinie!




"Pretty woman"

Piękna Julia Roberts nie potrzebuje czerwonej szminki, by wyglądać obłędnie, ale twórcy filmu uznali, że potrzebuje kilku kapeluszy i obcisłych kostiumów, by z dziwki zmienić się w damę. Przyznam szczerze, że jako prostytutka podoba mi się bardziej niż jako dama. Kiedy pierwszy raz oglądałam ten film, jarałam się jak norka odkryciem, że zakupy z pełną kartą kredytową potrafią zmienić kobietę. Życie nie zweryfikowało tego poglądu. Ale do rzeczy. 

Oto Viviane-prostytutka:


Prawda że urocza? Normalnie kumpela do picia. No ale zamknijmy oczy. Wywalamy blond perukę i odsłaniamy burzę loków, zdejmujemy tę uroczą sukienkę, którą w normalnym świecie można nazwać przydużymi majtkami, i wymieniamy ją na coś bardziej zabudowanego i....



Przyznacie, że metamorfoza spektakularna, chociaż ja najbardziej lubię Viviane w scenie końcowej. W wyciągniętym swetrze, kiedy odsłania swoje ramię:) Mlask.


No i nie mogę znaleźć odpowiedniej foty, ale tu tez wygląda pięknie. Hyhy, jeśli chodzi o minę, to zupełnie jak ja.

"Diabeł ubiera się u Prady"

Wspaniały, głupi jak but film. Uwielbiam go :D Mamy tu do czynienia nie z prostytutką, jak w "Preety woman", ale z ambitną dziennikarką. Ciekawe zestawienie. Ambitna dziennikarka chciałaby pisać ambitne teksty, ale jakoś tak, zupełnie przypadkiem trafia do największego, prestiżowego czasopisma o modzie. Oczywiście zostaje przyjęta. Łazi pomiędzy wieszakami, na których wiszą najnowsze kiecki od... (ona i tak nie zna nazwisk projektantów) i zupełnie nie może się odnaleźć. Biedactwo. W końcu z odsieczą przybywa gej (Gej gej, to ważne, bo hetero by ją olał, a na końcu się zakochał, a tu trzeba kogoś kto przemieni. Gej jest idealny). Ratuje zaniedbane dziewuszysko. Najpierw jednak krytykuje jej rozmiar - 38. Ty grubasie!! - krzyczy za nią na korytarzu budynku, w którym siedzibę ma owo eleganckie pismo. Koniec końców, metamorfoza się udała. Modowa ignorantka złapała bakcyla i raz dwa przemieniła się w ikonę stylu. Popatrzcie, jak to wyglądało:

Before


 After:




A teraz w drugą stronę. No bo co się dzieje, gdy czerwoną szminkę z ust się zmywa?

"Thelma i Louse"

Mój ulubiony film. Nie będę się jednak rozpisywać o tym, jak pięknie jest tu przedstawiona przyjaźń, bo akurat mam alergię na bajki, ale... Dwie przyjaciółki - w sukienkach, makijążu, eleganckich okularach i pięknie ułożonych włosach wyruszają w podróż. Po drodze dzieje się coś, co sprawia, że czerwień schodzi z ust, a sukienki trzeba zamienić na dzinsy i męskie tiszerty. W każdej wersji obie wyglądają cudnie. W każdej ultra kobieco. Ale w dżinsach jednak doroślej, dojrzalej, pełniej, prawdziwiej.  Najpiękniejsza przemiana kobiet, jaką widziało kino!!

Start:


W drodze