6 stycznia 2014

Poszukiwania (nie zawsze) nieowocne

Dawno, dawno temu, po tygodniach poszukiwań zimowej kurtki w moim rodzinnym mieście oraz w dwóch miastach wojewódzkich (a jak!) położonych nieopodal mojego miasta, wkurzona, zniecierpliwiona chodzeniem po sklepach z sfochowaną nastolatką Mama, powiedziała: leć sobie do Paryża tę kurtkę kupować!!! Zgadnijcie kim była ta nastolatka.


Lody z limoni. LOVE

Ja wiem, że teraz wycieczka do Paryża na zakupy to pikuś, ale w tamtych czasach miasta wojewódzkie zastępowały Londyn, Paryż i Mediolan. Zdarzały się tam sklepy Troll, Diverse czy Americanos. Było w czym wybierać - to raz, a dwa wyprawa do mista wojewódzkiego to zawsze zajęte popołudnie i dreszczyk emocji wycieczki w nieznane (chociaż znane). Takie dzieciństwo dzieciaka z prowincji:))).

Ja jednak byłam dzieckiem z prowincji wyjątkowym. Paskudnym i zepsutym. Bo w żadnym z miast nie było kurtki dla mnie. Tata zaciągnął mnie nawet do takiego maleńkiego sklepu, gdzie szyli na miarę. Ale to nie było to. Jak wszystko inne. Jak się skończyła ta historia? Przyszedł mróz, dupa zmarzła, w jeansowej katanie było już za zimno. Kupiłam więc pierwszą lepszą sztruksową kurtę w jednym ze sklepów w moim małym miasteczku. Mam podejrzenia, że była to męska kurtka.

W poszukiwaniu ideałów spędzam sporo czasu do dzisiaj. Czy to durne czy mądre - nie będę wnikać, bo mam wrażenie, że mogłabym samą siebie uznać za wariatkę. Opowiem Wam tylko, jak nacinam się na to co pretenduje do bycia och i ach.  I jak do dziś kończę z męską sztruksową kurtką na zmarzniętej dupie :)

1. Ubrania

Większość moich ciuchów pochodzi z lumpeksów. Trochę z sieciówek. Pewnego dnia postanowiłam, że będę kupować przynajmniej jedną rzecz w miesiącu u polskich projektantów. Nie wiem dlaczego, wymyśliłam sobie, że to są ciuchy świetnej jakości, dobrze skrojone. Wiadomo, że jak człowiek płaci za koszulkę 150 zł to spodziewa się czegoś więcej niż h&m-owej jakości. Co dostaje? Po pierwsze: ubrania, które nie mają zaobrębionych krawędzi. Po drugie: krzywy krój. Po czwarte: słabej jakości materiały. Po piąte (ale to już moja głupota, a nie wina projektanta): niemal każda sukienka jest worem z dresowego materiału (miałam fazę na takie coś). Oczywiście jest na to rada: udać się do sklepu i obejrzeć dokładnie ciuch. Ja tego nie robiłam, kupowałam ciuchy w sklepie internetowym, bo nie cierpię chodzić po sklepach.

Dobra strona tego wszystkiego jest taka, że odkryłam marki/projektantów, za ubrania których ręczę własną głową. Są to Weareso, Kowalski, Mozcau i Bynamysakke. Nie będę pisać o tych, na których się zawiodłam. Nie dlatego, że tchórzę, po prostu biorę pod uwagę, że jestem kapryśna, może nie mam racji, a złe słowo z netu nie znika:)

2. Jedzenie

Jedzenie to moja słabość, lubię próbować nowych smaków. I choć najbardziej lubię jeść w domu albo u znajomych (haha, po prostu ufam temu, jak przygotowują posiłki), to lubię też sprawdzać polecane knajpy. A i reklama mnie nie omija. Tak trafiłam do cukierni polecanej przez KAŻDEGO znanego mi warszawiaka. Ooooo. Ohyda. Przesłodzona, okropna ohyda. Restauracja Magdy Gesller, modne knajpki śniadaniowe, małe pierogarnie, frytkarnie i inne takie - no sory. Nie wychodzi. Tak jak nie wychodzą wspólne zakupy mandarynek z ciepłych krajów. Bo kiedy przyjeżdżam po odbiór widzę, że mandarynki obsikuje zaprzyjaźniony z dostawcami... pies. Może dlatego czasami lepiej czuję się w lidlu?

Na czym się zawiodłam? Przede wszystkim na niesmacznym jedzeniu, albo na oczywistym jedzeniu, które było podawane jakby nagle kucharz odkrył nieznany ląd. Kawałek babki ziemniaczanej ze śmietaną za 35 zł? Nie sądzę. Kawa z kardamonem (takim Kamisu!!) - 20 zł? Nie sądzę. Albo trzy grzanki z grzybami - taki zestaw obiadowy. :D Nie twierdzę, że lubię olbrzymie porcje, ale nie przesadzajmy z tymi porcjami dla wróbli.

Oczywiście i te doświadczenia przyniosły pyszne doznania: gofry przy Placu Unii Lubelskiej (genialne!!), lody od Limoni (przecudne!!!) czy restauracja Bufet Centralny . Te miejsca mają moją rekomendację:)

Ale czasami, zamiast do kolejnej "super zajebistej z pysznym jedzeniem uśmiechniętym kelnerem i zagadującą kelnerką" knajpy, wolę pójść do starego dobrego Jeffsa:) Tam zawsze kelnerki są miłe, jedzenie jest dobre i jest go tak dużo jak trzeba. I nie jest to nic nadzwyczajnego. I tym nie trzeba się chwalić. I nie trzeba podnosić ceny tylko dlatego, ze tak jest. Bo tak po prostu powinna wyglądać knajpa z jedzeniem (zresztą potwierdza to też Koza). Tak jak ciuchy powinny być zaobrębione (no sorry).

9 komentarzy:

  1. Ryjasie, to były megaśnie, super ekologiczne MA-LIN-KI! Obszczane równie ekologicznym psim moczem, bo tylko ekologicznie odżywiają swojego psa właściciele ekologicznie zapleśniałej piwniczki na Saskiej Kępie. O soku z ekologiczną sierścią tego nabuzowanego ekologią kundla, nie wspomnę, bo to przecież wielce naturalne i pożądane aby dzięki kontaktowi z sierścią, uniknąć wszelkiej alergii! Wiem co mówię, bom naocznie to sprawdził i moja noga więcej tam nie powstanie - bo ja mało ekologiczny i niechętny wszelkim kooperatywom jestem. No zwyczajnie swołocz taka nie użyta!
    Pisałem to ja! Mordka!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. czyli: Pysk :)

      Usuń
    2. nie zniechęcaj się, jak i ja się nie zniechęcam:)

      Usuń
  2. Wiedziałam co robię nie jedząc mandarynek :)

    OdpowiedzUsuń
  3. W Jeffsie byłam raz, spędziłam tam 20 minut czekając na kelnerkę. Nie doczekałam się.
    Uraz mam po rozmowie o pracę z właścicielem tej sieci (oraz Bierhalle, oraz krakowskiego Pod Wawelem).
    Facet wygląda jak orangutan - i nie to, żebym miała coś przeciwko orangutanom, sympatyczne, ale jednak nie powinny być biznesmenami.
    Oraz bez pardonu wyzyskuje ludzi (tu: kelnerów), prowadzi politykę strachu tudzież łamie zasady kodeksu pracy.

    Ale z tymi poleceniami mam podobnie jak Ty.
    Nie zawsze mi podpasuje. A właściwie - najczęściej mi nie pasuje.
    Zawsze myślałam, że jestem po prostu marudna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też:) Może za bardzo się nastawiamy?:)

      A z tym Jeffsem to jakaś masakra! Ja wprawdzie zawsze jadłam w Warszawie, ale to co napisałaś o krakowskim - szczena opada.

      Usuń
  4. Nieobszyte rękawy i doły. Oh nie, to naprawdę słabe. I też nie cierpię chodzić po sklepach. Brrrr. Za to po tych internetowych - uwielbiam aż za bardzo...

    OdpowiedzUsuń
  5. Nieobuty, ulegając powszechnej modzie, nominowałam Cię do Liebster Blog Award:-)
    Zajrzyj i sie spowiadaj;)
    http://domatorka-domowo.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń

Anonimie, nie bądź taki, podpisz się!