1 listopada 2014

Po co są święta?

A właściwie po co są świąteczne tradycje? Ja jestem chodzącą antytradycją. Odkąd jestem dorosła, niezależna od rodziców, odkąd rozporządzam swoim czasem sama, olałam wiele rzeczy. I dzisiaj poczułam jak bardzo mi z tym źle.



Mimo że się zanosi, nie będzie to smutny post :).

Od kilku lat nie wyjeżdżam do rodzinnego domu na święta 1 listopada. Choć na cmentarzu mam co najmniej dwie bardzo bliskie mi osoby, na kolejnym kolejne dwie... I teoretycznie mogłabym. Mam jednak dwie wymówki: praca oraz "nie muszę tam być akurat 1 listopada". Obie wymówki mają sens. I pomijając prozę życia pierwszej, ta druga autentycznie wyraża moje nastawienie. I nie mam zamiaru zmieniać  w tej kwestii zdania.

Ale.

Ale dzisiaj ni stąd ni zowąd zatęskniłam i poczułam, że robię źle, oj źle. Właśnie sprzątałam kuchnię (tak m.in. wykorzystuję świąteczne dni - by posprzątać), kiedy przypomniałam sobie smak ciepłego rosołu, na który czekałam caaaałe godziny (a przynajmniej tak mi się wydawało) na cmentarzu. - Mamo, możemy już iść? - pytałam w imieniu swoim i brata. Jeśli mama się zgodziła, szliśmy szybko do domu, żeby odgrzać rosół dla wszystkich, którzy wracali wkrótce po nas. Pamiętam, jak piekły mnie policzki, kiedy z zimna wchodziłam do rozgrzanego domu.

Za smakiem ciepłej zupy przyszły wspomnienia o ciepłej kurtce, która właśnie 1 listopada rozpoczynała sezon na cieplejsze ubrania. Obowiązkowa była też czapka, która niemiłosiernie gryzła w czoło. Wróciły wspomnienia o spotkanej na cmentarzu rodzinie (o której zwykle mówi się: "Z Krysią to się widzę raz na ruski rok!"), o komentarzach "o matko, jak ty wyrosłaś!!", które wówczas drażniły, dziś dałabym się za nie pokroić.

Kiedy piszę ten post jest już ciemno. Dokładnie o tej porze kilka lat temu brałam "pod pachę" moje młodsze rodzeństwo (ciekawe czy to pamiętają:)) i szliśmy razem na rozświetlony zniczami cmentarz. Było pięknie, a stawało się jeszcze bardziej radośnie, gdy po drodze spotykaliśmy moją przyjaciółkę, kolegów i inne dzieciaki. Po spacerze, zmarznięci wracaliśmy do domu i oglądaliśmy telewizję. Tak zwyczajnie.

Moje dzieci będę skazywać na te wszystkie "tradycje". Guzik mnie obchodzi, że nie będą lubiły jakiejś ciotki, a buziaki od wujków będą budzić grozę, a na cmentarzu będzie im zimno. Wkurza mnie to znikanie, wkurza mnie że ja sama znikam. Ta ja sprzed kilku lat. Taka fajna, zmarznięta, z cieknącym po brodzie rosołem :)

6 komentarzy:

  1. Tradycja tradycją, ale bezpieczniej będzie jak się pojedzie tydzień wcześniej, albo później. patrząc na polskie drogi. Ja żeby nie pchać się na bródnowski czy powsiński gdzie mam dziadków, konkretnie w ten dzień bo tam mega tłumy, a tłumy ja źle znoszę szczególnie teraz, to kupuję znicz i zapalam go na cmentarzu u mnie pod domem, zawsze wybieram grób taki zapomniany.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A mnie właśnie jakoś tak... Kiedyś tłum nie przeszkadzał... W twoim przedurodzeniowym stanie to, że unikasz to jest jasne:)

      Usuń
  2. A ja właśnie kocham tradycję i nie mogę nie być w te dni z bliskimi. Cieszę się, że nastąpił mały zwrot postrzegania świata u Nieobuciaka.

    Aleale

    OdpowiedzUsuń
  3. Jakie to piękne, co napisałaś. We mnie też tradycje umierają po kolei, święta jedne, drugie, na groby nie jeżdżę, od kiedy mam syna. Na razie mam to w nosie, ale coś czuję, że i mnie dopadnie taka melancholia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, jakoś się spiera to wszystko...

      Usuń

Anonimie, nie bądź taki, podpisz się!