1 stycznia 2015

2014! Co dobrego?


Na początku muszę się pochwalić, że trwam w zasadach piramidy "kupować na końcu". Słabo mi idzie z DIY, ale odkryłam, że "use what you have" da się żyć. I tak na przykład właśnie nie kupiłam sobie kremu do loków, bo w łazience czeka całe opakowanie żelu. Nienawidzę odmawiać sobie przyjemności, ale postanowiłam szukać ich gdzie indziej niż w zakupach. A skoro mowa o przyjemnościach, oto kilka z nich, które udało mi się przeżyć w 2014 roku i które rekomenduję:

1. Zrobiłam porządek w szafie. Tak, nadal nie mam w czym chodzić, ale przynajmniej nie widzę tych wszystkich za dużych bluzek i za małych spodni, których nie nosiłam, a które były moimi finansowymi wyrzutami sumienia.

2. Dlaczego nie mam się w co ubrać? Bo umówiłam się sama ze sobą, że stawiam na jakość a ta jak wiadomo - kosztuje. Więc poooowoli...:) Zaczęło się od dżinsów Lee. Nigdy nie kupowałam markowych dżinsów, bo pod ręką była Zara albo inna Bershka. Niestety na moim tyłku spodnie z sieciówek wyglądają okropnie. Odkąd mam Lee, mój tyłek jest spokojny, nie wystaje znikąd i grzecznie faluje, jak buk przykazał. No to postanowiłam iść za ciosem... Właściwie za tyłkiem. I baczniej przyglądać się temu co kupuję:). Więc jest tak: kupuję zdecydowanie mniej i mniej wydaję. Wpadki się zdarzają, bo czymże byłaby szafa bez za dużej spódnicy z Mango (kupiona w sieci) czy rozciągniętej bluzki z Doroty Perkins (bo taka promocja, no no).

3. Ograniczyłam też kupowanie kosmetyków. Chociaż nie uwierzyłby w to nikt, kto wszedłby do mojej łazienki. Oj tam, oj tam. Ja po prostu lubię o siebie dbać :D. Ale jest zdecydowanie lepiej niż rok temu. Zniknęły dziesiątki butelek z szamponami i miliardy słoiczków z odżywkami. Mam jeden tusz do rzęs i dwie kredki do oczu. Nadal prowadzę niewielką hodowlę pomadek.  Ale nic mi nie przeszkadza, ze wszystkimi czuję się komfortowo.

3. W tym roku dużo rozmyślałam o sporcie. Bhawo ja! Na szczęście prócz myślenia coś tam udało mi się zrobić, chociaż NIE zostanę człowiekiem-siłownią, ani człowiekiem-salą fitnesową, a na pewno człowiekiem-przysiadem. Nie nie nie. Ale. Ale udało mi się przebiec 5 kilometrów w biegu Powstania Warszawskiego. Poza tym było mi zwyczajnie dobrze poruszać się, czuć zmęczenie i coraz silniejsze nogi. W 2015 ciąg dalszy nastąpi.

4. Filmy! Oh, filmy to wielka przyjemność nieporównywalna z niczym:). W tym roku w pamięci zostały mi dwa polskie (!!!) filmy: "Bogowie" i, z zupełnie innych powodów, "Obce ciało". Ale chyba pozwolę sobie zrobić oddzielnego posta na ten temat.

5. Mam dwie książki, które przeczytałam z wielką przyjemnością. Pierwsza to "Czesałam ciepłe króliki", czyli rozmowa Dariusza Zaborka z Alicją Gawlikowską, więźniarką obóz Ravensbruck... Ale to opowieść tak inna, tak pozytywna, tak cholernie zawstydzająca... Doskonała! Druga przyjemność to "Bieguni" Olgi Tokarczuk.  Chciało by się napisać: koniecznie musicie to przeczytać. I się napisze: koniecznie musicie to przeczytać. :)

6.  Jedzenie zawsze było moja przyjemnością, ale w tym roku jakoś dziwnie przestało. Kanapki z subwaya, byle co na kolacje, brak śniadania. Nie ma się czym chwalić. Ale przyjemnie sobie poplanować: będzie lepiej!:)



5 komentarzy:

  1. I tak już jest nieźle! Trzymam kciuki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Droga L. a na to się wybiera? https://www.facebook.com/events/1035643449795149/?ref_dashboard_filter=upcoming

      Usuń
    2. Chcę. Chodźmy razem!

      Usuń
  2. ja nie wiem, jaka z Ciebie durna pała – przecież zakupy są CUDOWNE. Portki Lee ostatnio miałam w podstawówce, ale pamiętam, że były niezniszczalne, za to te z Dorothy Perkins dobrze mi leżą na tyłku, ale za to farbują ręce. chińskie gówno czyli.

    OdpowiedzUsuń

Anonimie, nie bądź taki, podpisz się!